Menu

niedziela, 15 kwietnia 2018

Owoc Rajskiego Drzewa

Tym razem przenosimy się do świata "Hunter x Hunter", czyli anime, które pokochałam od pierwszego odcinka.
Akcja dzieje się po wydarzeniach z anime, nie uwzględniając tego, co pojawia się w najnowszych rozdziałach mangi.
Motyw przewodni: Lista rzeczy do zrobienia.
Paring: Gon x Hisoka


Miasto skąpane w sztucznym, jaskrawym świetle bijącym z każdego budynku potrafiło być naprawdę piękne. Morze smukłych wieżowców pełnych szkła i metalu przyćmiewało nawet nocne niebo, tak wychwalane przez poetów czy zwyczajnych ludzi skorych do zachwytu. Ledwo widoczne gwiazdy nie obchodziły tu nikogo, ustępując miejsca wszechobecnym billboardom reklamującym nowości pożądane w dzisiejszych czasach. Pieniądze i życie chwilą, to napędzało mieszkańców do działania, nie jakieś romantyczne bzdety czy inne sielankowe widoczki.
Cieszyło mnie to, w jakim kierunku zmierza świat. Ja sam nigdy nie byłem typem marzyciela czy idealisty, twardo stąpałem po ziemi, bawiąc się życiem i robiąc to, na co aktualnie miałem ochotę. Byłem zdania, że wszystko można zdobyć, jeśli tylko odpowiednio się za to zabierze. Po trupach do celu, od zachcianki do zachcianki. Jedno istnienie to aż nadto, by uczynić ze świata ogromną salę balową.
Obróciłem się z powrotem w stronę klubu, odrywając wzrok od oszałamiającej panoramy miasta. Zlustrowałem tańczący tłum i uśmiechnąłem się, widząc czyjeś zaciekawione spojrzenie rzucone w moją stronę. Uniosłem kieliszek i upiłem łyk słodkiego drinka, lubieżnie oblizując wargi. Założyłem nogę na nogę, beztrosko poruszając stopą i stukając obcasem w nogę stolika. Mimo niemal czterdziestki na karku, czułem się niczym młody bóg. Pogoń za silnymi przeciwnikami podniecała mnie tak samo, jak lata temu, a może i bardziej. W końcu wiele owoców właśnie dojrzało, aż prosząc się o rozpoczęcie zbiorów. Szczególnie jeden nadal tkwił w mojej pamięci, choć jego dawno zgubiony trop odnalazłem dopiero kilka dni temu. Niesamowite, jak bardzo zawrócił mi w głowie, że i po dziesięciu latach miałem na niego potworną ochotę.
W zamyśleniu potarłem policzek, który nadal pamiętał spotkanie z małą, ale silną pięścią. Spojrzałem na majaczącą w oddali Podniebną Arenę, która na pewno nadal pamiętała mój pojedynek z tym szalenie pociągającym dzieciakiem. To dzikie spojrzenie i determinacja, skupiony i zawzięty wyraz twarzy, zwinne ruchy oraz sposób, w jaki wyrywał płyty z podłogi… Tak bardzo chciałbym doświadczyć tego raz jeszcze, spotkać ten owoc, który kuszący był jeszcze bardziej niż jabłko tak zachwalane przez węża w Raju. Szczytować, widząc ten piękny grymas godny najdzielniejszego z rycerzy. Dotknąć jego skóry, raniąc ją i plamiąc krwią.
- Och, Gon… - szepnąłem, odchylając głowę i próbując ostudzić mój zapał. Nie było nawet pewne, że go znajdę. Dobrze się ukrywał, pewnie ojciec go tego nauczył. Mogłem jedynie próbować, w czym zbytnia nadgorliwość nie pomoże.
Odetchnąłem głęboko i zdusiłem swoje żądze, koncentrując się na tu i teraz. Sprawdziłem komórkę, zastanawiając się, ile jeszcze Illumi każe mi na siebie czekać. Powoli zaczynało mi się nudzić, taki bezruch nie był tym, czego dziś chciałem.
- Illumi! – wykrzyknąłem w końcu, widząc wyłaniającego się z tłumu mężczyznę. Jak zwykle wyglądał nienagannie aż do bólu; długie czarne włosy były proste i ułożone jak od linijki, zaś ciemnozielony strój przylegał do jego ciała tak dokładnie, iż miało się wrażenie, że jest z nim nieodwracalnie połączony. Spojrzał na mnie swoimi zimnymi, pozbawionymi emocji oczami i usiadł na kanapie, nie odzywając się ani słowem. – Jak zwykle się spóźniłeś.
- Sprawy rodzinne – odparł wymijająco, zdejmując z ramion czarną, nabijaną ćwiekami skórzaną kurtkę i odkładając ją na bok. – Mówiłeś, że masz do mnie jakąś sprawę.
- Najpierw się ze mną napij, nie lubię gadać na trzeźwo – mruknąłem. Miałem nadzieję, że jak zwykle alkohol nieco rozluźni mu język, pozwalając nam na więcej swobody.
- Taki miałem zamiar.
- Czyżby? – zapytałem, przekrzywiając głowę i z rozbawieniem obserwując, jak wprawnym ruchem rzuca w kelnera swoją szpilką.
- Jest coś, co wytrąciło mnie z równowagi.
Postanowiłem na razie nie drążyć tematu, dając mu czas na pozbieranie myśli. Chwyciłem kieliszek i zacząłem stukać w niego paznokciami, jednocześnie bawiąc się pływającą wewnątrz kolorową cieczą. Po chwili nasz stolik usłany został przeróżnymi trunkami, które przyniósł kontrolowany przez Illumiego mężczyzna.
- I bez twoich sztuczek by nas obsłużono – zauważyłem.
- Powiedzmy, że lubię być rozpieszczany.
- Och, to zdążyłem zauważyć.
Illumi wzruszył niedbale ramionami i rozejrzał się uważnie, jakby kogoś szukając. Podążyłem za jego wzrokiem, jednak nic godnego uwagi tam nie znalazłem.
- Czyżbyś szukał sobie kogoś na dzisiejszą noc? – zagadnąłem, zarzucając rękę na oparcie sofy i wygodnie się rozsiadając.
- Mój brat tu jest.
- Killua, jak mniemam…? Dawno go nie widziałem. Może zaprosisz go do nas?
- Jest z kimś umówiony – prychnął pełnym złości głosem, co wyglądało komicznie w połączeniu z jego twarzą, obojętną jak zawsze.
- Nie sądzisz, że czas wyrosnąć z tego kompleksu młodszego brata?
- Ktoś twojego pokroju tego nie zrozumie. Tyle lat starań, a on wyrósł akurat na tak nieposłusznego bachora. Wszystko przez to, że go nie dopilnowałem i zaprzyjaźnił się z tym swoim…
- Gonem – dokończyłem, widząc, że nie pamięta imienia najlepszego przyjaciela swojego brata.
- Właśnie. Założę się, że to z nim się spotka. Jeszcze nigdy nie widziałem go tak wystrojonego.
Na te słowa drgnąłem nieznacznie, napełniony złudną nadzieją. Jeśli szczęście mi dopisze, zobaczę go. Może nawet on zobaczy mnie.
- Tylko mi nie mów, że nadal się nim interesujesz – mruknął, patrząc na mnie. Gdy wzruszyłem ramionami, uśmiechając się krzywo, westchnął tylko i kontynuował skanowanie pomieszczenia niczym jastrząb wypatrujący przyszłego obiadu.
- Właściwie to chciałem, żebyś w miarę możliwości zdobył dla mnie kilka informacji o panu Freecssie, tym młodszym oczywiście.
- Na świecie tylu jest silnych przeciwników. Po co ci akurat on? Z tego co pamiętam był bardziej problematyczny niż interesujący.
- Illumi, tym razem ty nie zrozumiesz… To dziecko było tak kuszące. Aż strach pomyśleć, jak sprawy mają się teraz.
Zaczesałem włosy i sięgnąłem po kolejny kieliszek, tym razem napełniony mocniejszą mieszanką soku i alkoholu. Chciałem nieco przyćmić moje pożądanie procentami, a także uciszyć wspomnienia tłoczące się w mojej głowie.
- Doprawdy, jesteś niepoprawnym zboczeńcem – prychnął, nawet nie zaszczycając mnie spojrzeniem. Po chwili wzdrygnął się i wyprostował, utkwiwszy wzrok w jednym punkcie. Ja również to uczyniłem, przyglądając się młodszemu bratu mojego towarzysza.
Musiałem przyznać, że i z niego wyrósł całkiem kuszący okaz. Był wysoki i szczupły, w czym przypominał Illumiego, lecz na tym ich podobieństwo się kończyło. Młodszy Zoldyck miał sterczące białe włosy miejscami sięgające ramion, zaś jego oczy, duże i intensywnie niebieskie, zdradzały podekscytowanie i radość ich właściciela. Proste czarne spodnie i jasna koszulka na ramiączkach nadawały mu dziecięcego uroku, ale i zadziorności. Moc, jaką emanował, była stłumiona, lecz nadal wywoływała ciarki na plecach, jeśli na dłuższą chwilę się na niej skupiało. Zmrużyłem oczy, delektując się drinkiem i sunąc wzrokiem po tym silnym młodym ciele. Mruknąłem z aprobatą, przyglądając się jego pośladkom, tak innym od tych, jakie zapamiętałem.
Killua usiadł przy barze, rozglądając się z iskierkami w oczach. Ten, na kogo czekał, zdecydowanie był dla niego bardzo ważny. Illumi także zdawał sobie z tego sprawę, gdyż zacisnął dłonie w pięści, aż dało się słyszeć trzask wyłamywanych palców. Zachichotałem, widząc go w takim stanie. Był zazdrosny jak wszyscy diabli; nadal nie pogodził się z faktem, iż jego mały słodki braciszek stał się silnym, całkowicie samodzielnym mężczyzną.
- Radziłbym się opanować. Jeszcze chwila i Killua wyczuje twoje mordercze intencje – powiedziałem, uśmiechając się do niego.
- Jestem spokojny. – Pewność w jego głosie sprawiła, że naprawdę bym mu uwierzył, gdybym tylko nie znał go tak dobrze. Może i panował nad swoją aurą, lecz emocje kotłujące się w jego umyśle stanowiły zupełnie odrębną sprawę. Wymordowałby wszystkich ze stoickim spokojem, byleby uśmierzyć gniew, jednocześnie zachowując pełen profesjonalizm i nie popełniając ani jednego błędu. I właśnie za to go lubiłem.
Westchnąłem, przysuwając się do niego i zarzuciłem rękę na oparcie, jednocześnie drażniąc długim, ostrym paznokciem skórę na szyi mężczyzny.
- Przy mnie nie musisz udawać – szepnąłem, nawijając na palec kosmyk delikatnych, pachnących cytrusami włosów. Illumi prychnął tylko i odtrącił moją dłoń, nie odsunął się jednak.
- I tego nie robię.
- Miło – zaśmiałem się, celowo muskając ustami jego ucho. Sięgnąłem po martini stojące na stole i podałem je Illumiemu. – Napij się, to pomoże.
Widząc jego ociąganie, wyciągnąłem z kieliszka oliwki nabite na srebrną wykałaczkę i włożyłem mu je do ust, patrząc na niego wymownie. Mężczyzna zgarnął owoce zębami, przedtem instynktownie oblizując je z alkoholu. Uśmiechnąłem się triumfalnie, zachowując w pamięci kolejne niezwykle cenne wspomnienie.
Po chwili po moich plecach przebiegł dreszcz, a ja momentalnie spoważniałem. Przytknąłem palec do ust, próbując oprzeć się paraliżującemu mnie uczuciu. Zbliżał się ktoś o wspaniałej mocy, silnej i władczej, miałem wrażenie, że jej właściciel nieświadomie wymusza na wszystkich wkoło posłuszeństwo. Odetchnąłem głośno, czując, jak wszystko to się nasila. Illumi spojrzał na mnie pytająco, przekrzywiając głowę.
- Nie mów, że nie czujesz – jęknąłem, coraz bardziej się podniecając.
- Niespecjalnie.
Odwróciłem głowę, chcąc dostrzec posiadacza tak wybornej aury. Szukałem wśród tłumu nic nieznaczących ludzi, niemal drżąc z niecierpliwości. Było w tym coś znajomego, przez co moja nadzieja rosła z każdą sekundą.
W końcu go zobaczyłem. Był wysoki i umięśniony, co doskonale eksponowały proste, dopasowane ubrania. Czarne włosy o delikatnych ciemnozielonych refleksach związane miał w długi kucyk, falujący mimo braku wiatru. Uważne spojrzenie bursztynowych oczu było jak zwykle radosne, ufne i aż do bólu szczere. Poruszał się cicho i ostrożnie, w ogóle nie zwracając na siebie uwagi innych; byłem przekonany, że jak na razie jestem jedyną osobą, która zauważyła jego obecność.
- Gon – wymruczałem, zaciskając zęby na paznokciu, który nadal tkwił między moimi wargami. Zmrużyłem oczy, momentalnie zapominając o bożym świecie. Dawne uczucia wróciły ze zwielokrotnioną siłą, uderzając we mnie niczym tsunami i zalewając mnie tak szeroką i barwną gamą uczuć, że było to niemal bolesne. Wiedziałem, że chcę go mieć. Teraz, za dzień, za miesiąc, nawet za rok, nieważne. Muszę uczynić go swoim, by na końcu tej rozkosznej zabawy skosztować owoc, na który czekałem tak długo.
Illumi również go dostrzegł, lecz dopiero wtedy, gdy ten usiadł obok Killuy, witając się z nim i mówiąc coś do niego z zapałem. Mężczyzna cmoknął, niezadowolony, i duszkiem wypił alkohol z trzymanego kieliszka, nie spuszczając brata z oczu. Byłem pewny, że wewnątrz cały aż się gotuje z zazdrości, co tylko nasilała świadomość, że nie może nic z tym zrobić. Poklepałem go pokrzepiająco po ramieniu i wstałem, poprawiając moje ubrania i przeczesując włosy.
- Jak wyglądam? – zapytałem zalotnie, przykładając palec do policzka i przyjmując kuszącą pozę.
- Jak pajac – warknął, nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem. Westchnąłem cierpiętniczo i wzruszyłem ramionami.
- Wracam za moment. Nie ruszaj się stąd.
Nim Illumi zdążył o cokolwiek zapytać, zniknąłem w tłumie tańczących osób, przeciskając się w stronę baru. Minąłem mężczyznę, który tak niedawno dawał mi sygnały, że ma na mnie ochotę. Gdyby nie Gon, pewnie i bym się skusił; teraz jednak zbyłem go machnięciem dłoni, brnąc dalej. W końcu niedbale oparłem się o blat, tuż za plecami Gona, i przywołałem barmana.
- Jeden Orgazm poproszę – wymruczałem, ignorując krztuszącego się Killuę i zachowując pozorny spokój.
- Hisoka, to naprawdę ty? – usłyszałem po chwili, przez co znowu za bardzo się podekscytowałem. Po dawnym piskliwym i bardzo dziecięcym głosie chłopaka nie zostało ani śladu, teraz brzmiał jak mężczyzna, nisko i głęboko. Powoli na niego spojrzałem, udając, że go nie poznaję.
- Zależy kto pyta – odparłem, korzystając z okazji i uważnie mu się przyglądając.
- To ja, Gon! Gon Freecss.
- Hmm… Niech pomyślę – droczyłem się z nim, mrużąc oczy i przekręcając głowę to w jedną, to w drugą stronę.
- Dziesięć lat temu braliśmy udział w egzaminie na łowcę, walczyliśmy też w Podniebnej Arenie, i pomagałeś nam w Greed Island – wyjaśnił, choć jego uśmiech nieco się zmniejszył, a cały zapał nieco opadł. Nie wiedzieć czemu, zrobiło mi się ciężko na sercu, czułem się, jakbym go zawiódł.
- Ach, no tak! Jak mógłbym zapomnieć – powiedziałem, szczypiąc go w policzek i nachylając się ku niemu. – Wybacz, to przez to, że tak bardzo zmężniałeś. Daleko ci do tamtego słodkiego dzieciaka.
- Za to ty w ogóle się nie zmieniłeś – zaśmiał się, od razu odzyskując rezon.
- Hisoka, po cholerę żeś tu przylazł? – odezwał się w końcu Killua, wyraźnie niezadowolony z mojej obecności. Jak zwykle robił za tego wrednego i nieufnego, zupełnie jak za starych dobrych czasów.
- Zdaje się, że wypić kilka drinków i miło spędzić czas.
- Nie o tym mówię.
- Przykro mi, innej odpowiedzi nie dostaniesz.
- Killua, daj spokój, to zwykły przypadek – mruknął Gon, klepiąc go uspokajająco po plecach.
- Illumi też tu jest?
- Tak. Właśnie jestem w trakcie upijania go i skłaniania do zrobienia kilku niegrzecznych rzeczy – powiedziałem, z satysfakcją obserwując, jak młodszy Zoldyck krzywi się nieznacznie i kręci głową z dezaprobatą, wyraźnie zniesmaczony. – Gdybym wiedział, że będziemy ci tu przeszkadzać, od razu zabrałbym go do hotelu.
Tym razem to Gon wydawał się być niezadowolony. Zerknął na mnie ukradkiem, marszcząc brwi, a gdy skierowałem wzrok na niego, od razu odwrócił głowę. Prychnąłem, odbierając zamówionego drinka i niepostrzeżenie wsuwając w tylną kieszeń spodni Gona kartę z moim numerem telefonu. Pomachałem im na pożegnanie i wróciłem do loży, którą zajmowaliśmy z Illumim.
- Zgłupiałeś do reszty – stwierdził, choć musiałem przyznać, że nieco ochłonął. Usiadłem obok niego i zaśmiałem się cicho, wznosząc niemy toast.
- Nie martw się, kwestią czasu jest, aż pan Freecss będzie mój. Już nie musisz być o niego zazdrosny – zapewniłem, układając w głowie plan.
* * *
Na telefon od Gona nie musiałem długo czekać. Zadzwonił do mnie dwa dni później, akurat wtedy, gdy brałem kąpiel. Kolejne zrządzenie losu przywołujące wspomnienia.
- Tak myślałem, że to twój numer – powiedział, nieco zdenerwowany. Chyba miał tremę, zastanawiałem się, ile czasu zajęło mu zdecydowanie się na ten jakże śmiały krok.
- Uznałem, że ci się przyda. Killua nie był szczęśliwy, że przerwałem wasze spotkanie, w przeciwieństwie do ciebie.
- Po prostu lubię spotykać dawnych znajomych – sprostował, i miałem wrażenie, że z zawstydzeniem pociera kark.
- W takim razie spotkajmy się kiedyś, na pewno będziesz miał mi sporo do opowiedzenia – zaproponowałem, a słysząc ciche stęknięcie nieudolnie stłumione przez dłoń, zsunąłem się nieco i oparłem głowę o skraj wanny. Przymknąłem powieki, wsłuchując się w pozornie spokojny oddech chłopaka.
- Właściwie… czemu nie?
- Kiedy będziesz wolny?
- Cały czas jestem – odparł, co zabrzmiało niemal dwuznacznie. Mruknąłem, udając, że się zastanawiam, prawą ręką zaś zacząłem pocierać mojego penisa, który od kilku chwil stawał się coraz bardziej twardy.
- W takim razie jutrzejszy wieczór powinien ci pasować.
- Jeśli tobie też pasuje…
- Inaczej bym go nie proponował – zaśmiałem się. – Dziewiętnasta pod Areną. Tylko ubierz się ładnie. Kuse wdzianko mile widziane.
- Nie licz, że dostaniesz wszystko jak na tacy – zastrzegł, a ja znowu zostałem brutalnie uświadomiony, że zniknął nie tylko jego dziecięcy wygląd. Przyspieszyłem ruchy dłoni, palce układając tak, by drażnić trzon paznokciami. Wyobrażałem sobie, że po drugiej stronie leży półnagi Gon, machając nogami w powietrzu i rozmawiając ze mną z wypiekami na twarzy.
- A jak ładnie poproszę? – zapytałem, po czym przygryzłem wargę niemal do krwi, słysząc jego westchnięcie.
- Będziesz prosić o inne rzecz, wierz mi – odparł, po czym rozłączył się. I dzięki Bogu, bo inaczej usłyszałby mój pełen rozkoszy jęk, który wyrwał się spomiędzy moich warg, gdy szczytowałem. Wypchnąłem biodra ku górze, czując ostatnie fale spełnienia, po czym opadłem bezwładnie na dno, chlapiąc przy tym wodą na wszystkie strony. Odetchnąłem, usatysfakcjonowany, i wygramoliłem się z wanny. Wytarłem się i, nie dbając o ubiór, poszedłem do salonu. Usiadłem na kanapie i zamyśliłem się, układając w głowie harmonogram jutrzejszej randki. Po chwili sięgnąłem po papier i długopis, by spisać to, co ostatecznie udało mi się ustalić.
1. Odwiedzić kwiaciarnię (Gon z różą w dłoni może okazać się nad wyraz kuszący).
2. Przyjść pod Arenę idealnie na czas (przyjście za wcześnie = zależy mi).
3. Pójść okrężną drogą do restauracji (koniecznie namówić Gona na deser z bitą śmietaną).
4. Pójść do klubu (koniecznie zatłoczonego i bez wolnych miejsc).
5. Narzekać na tłumy i zaprosić go do siebie.
6. Mocnymi trunkami ośmielić Gona do działania (byle nie upić!).
7. Wypróbować co najmniej kilka pozycji z Kamasutry.
8. Obudzić się obok Gona i zaproponować mu śniadanie do łóżka (biedak pewnie nieprędko wstanie).
Zadowolony z efektów pracy, uśmiechnąłem się i pogrążyłem w marzeniach, które już niedługo miały się spełnić. Chciałem zdobyć Gona na jak najwięcej sposobów. Pragnąłem jego ciała, umysłu, serca, siły. Chciałem, by kochał mnie i nienawidził jednocześnie. By nie mógł beze mnie żyć, a jednocześnie pragnął mojej śmierci. To, jak bardzo ten dzieciak zawrócił mi w głowie, przerażało mnie. Kiedyś chciałem jedynie, by wyrósł na przeciwnika godnego zabicia, który zapewniłby mi dobrą zabawę podczas walki. Teraz zeszło to na dalszy plan, liczył się jedynie jutrzejszy wieczór i moja lista rzeczy do zrobienia.
Gdy zacząłem przysypiać, podniosłem się z kanapy i zgasiłem światła. Chwilę stałem przy dużym na całą ścianę oknie, przyglądając się pięknej panoramie nocnego miasta, lecz w końcu dałem sobie spokój i zaszyłem się w sypialni. Opadłem na łóżko i okryłem nagie ciało jedwabną kołdrą, która przez chwilę była przyjemnie chłodna, po czym przewróciłem się na bok i zamknąłem oczy, powoli zapadając w głęboki sen.
* * *
Spoglądając w lustro, byłem pewny, że dzisiejsze spotkanie pójdzie zgodnie z planem. Odkleiłem maseczkę z twarzy i wtarłem krem nawilżający w skórę, po czym uwolniłem włosy z ręcznika i sięgnąłem po suszarkę. Przez chwilę walczyłem z niesfornymi kosmykami, lecz pianka ostatecznie utrzymała je w ryzach. Zadowolony z efektu, wyciągnąłem z szuflady pędzelek i moje ulubione farby, którymi narysowałem pod oczami żółtą łezkę i różową gwiazdkę, nieodłączny element mojego wizerunku.
Najgorsze było jednak przede mną. Poszedłem do garderoby i zacząłem przeglądać wiszące wokół ubrania, nie mogąc się na nic zdecydować. Chciałem wyglądać seksownie i elegancko, choć myślałem również, by założyć coś, co przypominać będzie mój styl sprzed lat. Ostatecznie odrzuciłem ten pomysł, w końcu dawne czasy bezpowrotnie minęły, zresztą, Gon miał we mnie zobaczyć potencjalnego kochanka a nie nękającego go zboczeńca, jakim kiedyś byłem.
Stanęło na tym, że założyłem obcisłe czarne spodnie przepasane na biodrach srebrnym paskiem, a także białą kamizelkę z czarno-złotymi wstawkami, która w gruncie rzeczy więcej odsłaniała, niż zakrywała. Z jednej z szuflad wyciągnąłem czarne rękawiczki, a po chwili namysłu wziąłem także szkatułkę, z którą wróciłem do łazienki. Wpiąłem w ucho nausznicę składającą się ze złotego serduszka wpinanego w płatek ucha i połączonego z nim łańcuszka sięgającego aż do górnej części małżowiny. Zakołysałem metalem, zastanawiając się, jak Gon zareaguje na mój wygląd. Miałem nadzieję, że mu się spodoba, choć nie zdziwiłbym się, gdyby ten dzieciak nawet nie zwrócił na niego uwagi.
Schowałem komórkę do kieszeni spodni i wskoczyłem w czarne błyszczące szpilki, po czym wyszedłem z apartamentu. Miałem jeszcze jakieś dziesięć minut do spotkania, bez pośpiechu więc udałem się do pobliskiej kwiaciarni. Tak, jak planowałem, kupiłem najpiękniejszą szkarłatną różę jaką tylko mogłem znaleźć, po czym nie zostało mi nic innego, jak tylko pójść pod Arenę.
Już z daleka wyczułem Gona, zanim jeszcze w ogóle go zobaczyłem. Podszedłem do niego i uśmiechnąłem się, szarmanckim gestem podając mu kwiat.
- Hisoka! – wykrzyknął, uradowany, lecz mina nieco mu zrzedła, widząc prezent ode mnie. Przez chwilę pomyślałem, że mu się nie podoba, lecz powód jego zmartwienia był zgoła inny. – A ja nic dla ciebie nie mam – wyjąkał, wyraźnie zakłopotany. Pogładziłem go po policzku i wzruszyłem ramionami.
- Spotkanie z tobą jest dla mnie dostateczną nagrodą, niczego więcej mi nie potrzeba – powiedziałem, chwytając jego dłoń i przytwierdzając do niej różę moją Gumą Bungee. Gon zaśmiał się, rozweselony tą sztuczką.
- Nic się nie zmieniłeś – stwierdził, trącając mnie w ramię.
- Czego z pewnością nie można powiedzieć o tobie – odparłem, zaczynając iść brukowaną uliczką w stronę naszego kolejnego punku, jakim była przytulna knajpka serwująca najlepszą kuchnię, jakiej dane mi było zasmakować. – Nie mogę się nadziwić, jak męsko teraz wyglądasz. I ta aura!
- To, co da się wyczuć, jest jedynie ułamkiem, ale i tak nie powinieneś mnie z taką łatwością namierzać.
- Może chciałeś, żebym cię znalazł? – zapytałem zalotnie, spoglądając na niego z tajemniczym uśmiechem. Fakt, iż musiałem przy tym unieść głowę, a nie opuścić ją, był nadzwyczaj satysfakcjonujący. – Ewentualnie twoje maskowanie jest niechlujne, i jeśli tylko się postara, można łatwo cię zobaczyć.
- Ech… Tata mówił, że to walka jest moim żywiołem, a nie wymyślne sztuczki.
- Zawsze byłeś w gorącej wodzie kąpany, jakoś mnie to nie dziwi.
- Ale i tak wiele się nauczyłem! Już nie jestem tym samym słabym dzieciakiem – zastrzegł, wkładając w to tyle zaangażowania, iż można by pomyśleć, że od przekonania mnie zależy jego życie.
- Cóż, z jedną rzeczą mogę zgodzić się na pewno.
- Mógłbyś wziąć mnie w końcu na poważnie…
- Ależ jestem poważny – odparłem, przykładając dłoń do mostka i spoglądając na chłopaka zadziornie.
- Co robiłeś przez te dziesięć lat? – zmienił temat, choć nie wyglądało na to, by poprzedni go zirytował czy wprawił w zły humor.
- Trochę podróżowałem, walczyłem, czasem kogoś zabiłem dla pieniędzy… Niewiele się zmieniło.
- A Illumi?
- Co z nim?
- To twój przyjaciel, prawda? Killua mi powiedział, że często widział was razem.
- Hmm… - mruknąłem, zastanawiając się nad odpowiedzią. – Właściwie trudno opisać naszą relację. Ale tak, powiedzmy, że jesteśmy przyjaciółmi.
- Rozumiem.
- A ty? Spędziłeś te lata z ojcem?
- Tylko trzy pierwsze. Później jeździłem po świecie i szkoliłem się w walce, dużo też pracowałem jako Łowca.
- Musiałeś czuć się samotny bez Killuy – powiedziałem, uważnie obserwując, jak zareaguje na to stwierdzenie. Ku mojemu zdziwieniu, wzruszył ramionami i spojrzał na mnie nieco smutnym wzrokiem.
- To normalne, że stawia się rodzinę na pierwszym miejscu. Rozumiem, że chciał spędzić swój czas z siostrą, i szanuję to. W końcu przez tyle lat był oddzielony od Alluki…
Prychnąłem, zaskoczony nieszczerością tych słów. To był pierwszy raz, gdy z ust Gona usłyszałem tak perfidne kłamstwo. Nie rozumiałem, skąd w nim ta nagła potrzeba ukrywania prawdy, nawet przed samym sobą. Zwykle jego serce i umysł były zgodne, szczere aż do bólu i niezwykle czyste.
- Ale teraz znowu się spotkaliście.
- Nie na długo – westchnął. – Za kilka dni Killua wraca do swoich spraw. Co prawda chciał, żebym pojechał z nim, ale… Inaczej to sobie wyobrażałem.
- Liczyłeś, że wszystko będzie jak za starych dobrych czasów, co?
- Mogłoby być, gdybyśmy mieli więcej czasu… Zresztą nieważne. Nie spotkaliśmy się po to, żeby rozmawiać o moich problemach – powiedział, odzyskując rezon i biorąc się w garść. – Gdzie tak właściwie idziemy?
- Do tamtej restauracji – oznajmiłem, wskazując brodą na dość mały lokal mieszczący się po drugiej stronie brukowanej uliczki. Jak zwykle był pięknie oświetlony, a dzikie wino rosnące na jego ścianach wspaniale kontrastowało z nowoczesnym stylem, w jakim go wybudowano.
- Naprawdę tu ładnie! – wykrzyknął, otwierając drzwi i przepuszczając mnie w przejściu. Usiedliśmy przy wolnym stoliku, nieco na uboczu, ciesząc się widokiem na mały ogród kwiatowy znajdujący się tuż obok restauracji.
- Pozwolisz, że dziś to ja wybiorę dla nas menu? – zapytałem, zabierając z jego dłoni kartę i uśmiechając się do niego zalotnie.
- Czemu nie? Dowiem się, jakie jedzenie lubisz.
- Och, jak miło – wymruczałem, przywołując kelnera. Złożyłem zamówienie, z którego najbardziej cieszyło mnie wino i deser, po czym obserwowałem, jak mężczyzna odkorkowuje butelkę i nalewa do kieliszków szkarłatnego alkoholu. Gdy zostaliśmy z Gonem sami, ponownie zaczęliśmy rozmawiać, tym razem na luźniejsze tematy.
Dużo opowiadał o swoich podróżach, a także ludziach, których spotkał. Słuchałem go z uwagą i zainteresowaniem, próbując wyłapać jak najwięcej szczegółów, a także od czasu do czasu zadawałem pytania, by dowiedzieć się pikantniejszych szczegółów. Co prawda Gon albo je ignorował, albo uśmiechał się tylko i kręcił głową z dezaprobatą, było to jednak w pewien sposób przyjemne. Poczułem się, jakbym miał kogoś bliskiego. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów miałem wrażenie, że posiadam rodzinę.
- Hisoka, wszystko w porządku?
- Hmm? – mruknąłem, wyrwany z zamyślenia. Poprawiłem się na krześle i oparłem głowę o drugą dłoń, próbując wyrzucić z głowy wszystkie te bzdurne myśli kłębiące się w mojej głowie.
- Nagle twoje oczy zrobiły się jakieś takie zamyślone… - zaczął, dłubiąc widelcem w szarlotce. Nawet nie zauważyłem, że na nasz stół przyniesiono deser. – Coś cię trapi?
- Wybacz, to było niegrzeczne – powiedziałem, unosząc kieliszek i upijając łyk wina. – Ominęło mnie coś istotnego?
- Zapytałem, co będziemy robić po kolacji.
- A na co miałbyś ochotę? – zapytałem, choć mogłoby to nieco utrudnić zrealizowanie mojego planu.
- Sam nie wiem… - zastanowił się, bezwiednie wkładając do ust kawałek ciasta i brudząc sobie przy tym policzek odrobiną śmietankowych lodów. Zaśmiałem się cicho i starłem je, po czym oblizałem palec, patrząc głęboko w zdumione oczy Gona.
- Dorosłemu mężczyźnie nie wypada siedzieć w miejscu publicznym z taką plamą na twarzy – wyjaśniłem, siląc się na jak najbardziej obojętny ton.
- Przede wszystkim dorosły mężczyzna potrafi korzystać z serwetki.
- Nuda – prychnąłem, odwracając głowę w bok, i niedbale machnąłem dłonią. Gon zaczął chichotać, co czule połechtało moje ego. Świadomość, że przy mnie może tak beztrosko się śmiać, była czymś wyjątkowym, wręcz nie do opisania.
- Chodźmy w jakieś ciche i spokojne miejsce. Jest jeszcze tyle rzeczy do opowiedzenia.
- To może pójdziemy do mnie? – zaproponowałem po chwili namysłu, udając, że wcale tego nie planowałem. – Mam apartament całkiem niedaleko.
- Czemu nie? – odparł z iskierkami w oczach. Byłem pewny, że gdyby miał ogon, merdałby nim teraz niczym najszczęśliwszy szczeniak.
- Kiedyś nie byłeś taki chętny do spędzania ze mną czasu – westchnąłem, przekręcając głowę i wydymając usta.
- Wiesz, jak byłem dzieckiem, wydawałeś mi się naprawdę straszny. Intrygujący też, czasem nawet myślałem, że jesteś trochę miły, ale głównie mnie przerażałeś.
- A skąd myśl, że miły ze mnie człowiek?
- Pomogłeś nam na Greed Island.
- Tylko dlatego, że mi się nudziło i nie miałem co robić. No i to była świetna okazja, żeby pokręcić się wokół ciebie.
- Ja tam nadal twierdzę, że nie jesteś tak zły, na jakiego się kreujesz.
- Jak każdy, Gon. Jak każdy – odparłem, na chwilę poważniejąc. Szybko jednak na moje usta powrócił delikatny uśmiech, a po niedawnej chwili słabości nie pozostał nawet najmniejszy ślad. – Chyba posmakował ci deser - zauważyłem, widząc jego pusty talerz.
- Przypomina mi trochę ciasto, jakie robiła moja ciocia – wyjaśnił, nieco rozmarzony. Skinąłem głową ze zrozumieniem i podsunąłem mu swoją porcję. – Hisoka, przecież to twoje…
- Jestem tak pełny, że więcej już nie zmieszczę. A szkoda, żeby tak wspaniała szarlotka się zmarnowała.
- Skoro tak – mruknął, nadal niepewny, jednak po chwili jego opory zniknęły i zaczął jeść mój deser, szczęśliwy do granic możliwości. Ja zaś pozostałem przy popijaniu wina i przypatrywaniu się twarzy chłopaka, z której można było czytać jak z otwartej księgi.
Gdy Gon skończył posiłek, uregulowałem rachunek i wyszliśmy na zewnątrz. Niemal całkowicie się ściemniło, uliczne latarnie lśniły mocnym, żółtawym światłem, które w połączeniu z równie rozświetlonym otoczeniem stanowiły miłe dla oka połączenie. Chłopak przystanął na chwilę i spojrzał w niebo, skupiony i nieco markotny.
- Nie widać ani jednej gwiazdy – zauważył z bólem. – Tego najbardziej brakuje mi w takich miejscach.
- Na świecie jest wiele piękniejszych rzeczy od nocnego nieba.
- Gdybyś tylko spędził choć jedną noc nad jeziorem na Wielorybiej Wyspie, od razu zmieniłbyś zdanie.
- Więc może mnie tam kiedyś zabierzesz? – zapytałem, podążając za jego wzrokiem i próbując cokolwiek dostrzec na szarym, nijakim nieboskłonie.
- Jeśli tylko będziesz chciał – odparł, a pewność w jego głosie przekonała mnie o prawdziwości tych słów. Uśmiechnąłem się i splotłem palce naszych dłoni, znowu czując ten dziwny ucisk w klatce piersiowej.
- Chodź, i tak nie wypatrzysz tu niczego godnego uwagi – powiedziałem, lekko ciągnąc go za rękę. Gon przeniósł spojrzenie na mnie, po czym skinął głową i ruszyliśmy w stronę mojego mieszkania.
- Kim ja tak właściwie dla ciebie jestem? – zapytał po kilku minutach ciszy. Trochę mnie to zdziwiło, nie dałem tego po sobie jednak poznać i udałem, że jest to pytanie normalne jak każde inne.
- Moim najcudowniejszym owocem rzecz jasna.
- Ale co to w ogóle znaczy?
- Po prostu poczuj się jak ktoś wyjątkowy – odparłem, choć wiedziałem, że niezbyt go to satysfakcjonuje. Musiał jednak wytrzymać jeszcze trochę, by zaspokoić swoją ciekawość i zrozumieć, jakie emocje mną obecnie targają.
- A ilu takich wyjątkowych było przede mną?
- Wystarczyłaby ci jedna ręka, by ich zliczyć.
- Jak zwykle rzucasz zagadkami – mruknął, zerkając na mnie.
- Taki już ze mnie tajemniczy gość.
- Pewnie dlatego w ogóle nie potrafię cię rozgryźć…
- Nie ty pierwszy i nie ostatni – powiedziałem, a widząc jego zasmuconą minę poklepałem go pocieszająco po ramieniu. – No, głowa do góry. Na pewno uda ci się jeszcze coś wskórać.
W odpowiedzi Gon jedynie skinął głową, lecz widziałem, że powoli przechodzi mu ochota na to całe dąsanie się. I dobrze, szkoda byłoby zmarnować tak wspaniały wieczór.
- To tutaj – zakomunikowałem, gdy stanęliśmy przy wysokim wieżowcu. Weszliśmy do środka i w ostatniej chwili wskoczyliśmy do windy, która prawie uciekła nam sprzed nosa, a gdy dojechaliśmy na moje piętro, wysiedliśmy i zaprowadziłem Gona do apartamentu. – Czuj się jak u siebie - powiedziałem, wpuszczając go do środka. Chciałem zapalić światło, lecz powstrzymało mnie silne pociągnięcie za rękę. Wpadłem w silne ramiona chłopaka, czułem jego gorący oddech na skórze i delikatny dotyk na wysokość talii. Zaskoczyło mnie to.
- Wygląda na to, że role się odwróciły – szepnął. Przez chwilę w ogóle nie wiedziałem, co powiedzieć. Młody tak skutecznie mnie zagiął, że mogłem jedynie gapić się na niego z lekko uchylonymi ustami.
- Gon – stęknąłem, zauroczony jego bliskością. – Czy ty właśnie zrobiłeś to, co myślę, że zrobiłeś?
- A co według ciebie ma tu miejsce? – zapytał, sunąc palcami przez moje włosy, aż do karku i ramion.
- Z pewnością coś bardzo niegrzecznego – odparłem, z trudem powstrzymując się od wybuchnięcia maniakalnym śmiechem. Zarzuciłem mu ręce na szyję i przylgnąłem do niego, dosięgając nosem do linii jego szczęki. – Wiesz, nie sądziłem, że ty zabierzesz się za to pierwszy.
- Mówiłem, że nie jestem tym samym dzieckiem co kiedyś.
- Byłem pewny, że akurat w tej kwestii się nie zmieniłeś.
- Hisoka, jakże mało o mnie jeszcze wiesz – powiedział, nachylając się i składając krótki pocałunek na moich wargach. Na krótką chwilę zamknąłem oczy, dając się ponieść emocjom i temu dziwnemu uczuciu w klatce piersiowej. Byłem totalnie zniewolony, tak bardzo, że oddałbym duszę za możliwość zatrzymania przy sobie Gona już na zawsze.
- Więc pozwól się poznać – poprosiłem, zręcznym ruchem rozcinając gumkę wiążącą jego włosy, które powoli opadły mu na plecy, jakby tkwiły pod wodą. Przeczesałem je, czując pod opuszkami przyjemne mrowienie. – Chętnie zobaczę, co jeszcze przede mną ukrywasz.
- Gdzie jest łazienka?
- Pierwsze drzwi po prawo – wyjaśniłem, po czym zostałem wzięty w ramiona i zaniesiony do wskazanego wcześniej pomieszczenia.
Najbardziej w tym wszystkim dziwiło mnie zdecydowanie i pewność siebie Gona. Sprawiał wrażenie, jakby robił to dziesiątki razy, a ja spodziewałem się raczej, że będzie tym nieśmiałym i niedoświadczonym typem. Miałem go wprowadzić w ten świat, a okazało się, iż to on jest tym, który przejął kontrolę.
- Zdaje się, że masz wprawę w tego typu rzeczach – zagadnąłem, gdy postawił mnie na podłodze.
Zamiast odpowiedzieć, chłopak rozpiął suwak mojej kamizelki i zsunął ją z moich ramion, czule pieszcząc przy tym skórę i przyprawiając mnie o dreszcze. Westchnąłem, zadowolony z jego poczynań, i złapałem za brzeg jego koszulki, lecz natychmiast zostałem powstrzymany przed zdjęciem jej.
- Pozwól, że to ja wszystkim się zajmę – powiedział, unosząc moją dłoń i całując jej wierzch. Jego spojrzenie było zmysłowe i głębokie, pełne pasji i pożądania.
- Chyba nie mogę ci odmówić – odparłem, przyglądając się, jak powoli unosi bluzkę i zdejmuje ją, prężąc przy tym mięśnie. Delikatnie dotknąłem jego brzucha, przyjemnie twardego i aż do bólu idealnego.
Naprawdę zacząłem się nakręcać, do tego stopnia, że coraz bardziej chciałem, żebyśmy przeszli do konkretów. Co prawda dotychczasowa zabawa była niczego sobie, lecz nie przywykłem do tego typu czułości. Gon chyba domyślił się, co mi chodzi po głowie, gdyż uśmiechnął się wrednie i pokręcił głową.
- Co jest? Już ci się nudzi? – zapytał, odpinając pasek i zsuwając mi z nóg spodnie. Przez chwilę wydawał się zaskoczony faktem, iż nie mam na sobie bielizny, zaraz jednak odzyskał rezon i złapał mnie za brodę. – Prawdziwy z ciebie zboczeniec.
- Nie mogę zaprzeczyć – mruknąłem, zrzucając z nóg szpilki.
- Wejdź pod prysznic – nakazał, a ja bez zawahania spełniłem jego żądanie, raczej przez ciekawość aniżeli posłuszeństwo. Oparłem się plecami o ścianę, uważnie obserwując, jak chłopak pozbywa się swoich spodni i majtek, po czym dołącza do mnie i odkręca wodę. Jęknąłem, czując przyjemnie lodowatą wodę uderzającą w moje rozgrzane ciało. Wyciągnąłem ręce, zachęcając Gona, by podszedł bliżej i przytulił się do mnie. Zarzuciłem nogę na jego udo, rękami zaś mocno chwyciłem go za kark. Poruszyłem się niespokojnie, czując coraz większe zniecierpliwienie. – Aż tak ci się spieszy? – zapytał niskim, seksownym jak diabli głosem, zsuwając dłonie na moje pośladki. Zaczął je masować, raz po raz rozchylając je i zahaczając o moje wejście. Jeszcze mocniej do niego przylgnąłem, pokazując, że tego właśnie chcę.
- Powiedzmy, że nie lubię jak długo się ze mną bawi w podchody.
- Widzę, że trzeba nauczyć cię odrobiny pokory – stwierdził, gwałtownym ruchem odwracając mnie tyłem do siebie. Przycisnął mnie do ściany, napierając na mnie i składając pocałunki na mojej szyi. Westchnąłem, odchylając głowę i zamykając oczy. Moje dłonie bezwiednie drapały kafelki, próbując znaleźć cokolwiek, czego mógłbym się trzymać. – Wydaje ci się, że wiesz najlepiej, czego chcesz, ale nie zawsze tak jest – dodał, schodząc ustami coraz niżej wzdłuż kręgosłupa. Jego gorący dotyk połączony z letnią wodą był wręcz nie do zniesienia. To, co czułem, było tak intensywne… Wręcz odchodziłem od zmysłów.
Jęknąłem, gdy Gon zaczął lizać mnie między pośladkami. Oparłem czoło na przedramieniu i spróbowałem zapanować nad coraz gwałtowniejszym oddechem. Czułem się, jakbym robił to pierwszy raz w życiu, a przecież na pewno byłem bardziej doświadczony od niego.
- G-Gon – wyjęczałem, ledwo stojąc na drżących nogach. Włosy lepiły mi się do twarzy, zasłaniając oczy i łaskocząc w policzki. Nie miałem pojęcia, ile już tak trwamy, lecz było to stanowczo za długo.
- Tak? – zapytał, z powrotem mnie odwracając i odgarniając mi włosy na boki. Spojrzał na mnie z czułością, lecz w jego oczach czaiło się również coś z drapieżnika, jakby patrzył właśnie na smakowitą i bezbronną ofiarę, którą de facto nie chciałem być.
- Może przeniesiemy się w bardzie wygodne miejsce?
- Ale przecież jeszcze się nie umyliśmy – powiedział, co zabrzmiało tak, jakby mnie beształ. Prychnąłem, lecz chwyciłem stojący na półeczce żel i zacząłem nas namydlać, smarując raz jego, raz moje ciało. Starałem się robić to jak najszybciej, byleby wydostać się spod prysznica.
W końcu moje prośby zostały wysłuchane. Wyszliśmy z łazienki, zostawiając za sobą mokre ślady, po czym obaj rzuciliśmy się na łóżko, nie dbając o to, że pościel z każdą chwilą robi się coraz bardziej mokra. Przycisnąłem Gona do miękkiego materaca i pocałowałem go, tym razem całkowicie przejmując kontrolę nad sytuacją. Ocierałem się o niego, jednocześnie nakierowując jego dłonie na moją talię i pośladki. Byłem rozpalony, i nie miałem zamiaru dłużej się ograniczać.
- Nasz ochotę na jakąś konkretną zabawę? – zapytałem, zmysłowo przygryzając wargę i pieszcząc jego klatkę piersiową.
- Nie miałbym nic przeciwko… linom.
- Chcesz, żebym cię związał? – zaśmiałem się.
- Mniej więcej.
- Dobrze, zaraz coś przyniosę – mruknąłem, schodząc z niego i otwierając szafę. Za wiszącymi w niej ubraniami znajdowała się sekretna skrytka, w której trzymałem różne przedmioty idealne na taką okazję. Wyciągnąłem długi pęk zwykłej liny i rzuciłem ją na łóżko, a po chwili namysłu dołączył do niej wibrator, pejcz i tubka żelu intymnego pachnącego jak guma balonowa.
- Na początek wystarczy – stwierdził, po czym stanął obok mnie. – Stań porządnie – nakazał, po czym zaczął wykonywać na mnie skomplikowane wiązania, oplatając sznur wokół mojego ciała.
- Liczyłem, że to ja zobaczę cię w takim stanie – jęknąłem, udając zawiedzionego, choć nasza zabawa również mi się podobała.
- Może kiedyś – odparł, kładąc mnie na łóżku i krępując moje nadgarstki. Teraz mogłem jedynie leżeć na brzuchu i próbować się z niego sturlać. O samodzielnym rozwiązaniu się mogłem tylko pomarzyć.
Po chwili poczułem na twarzy delikatny materiał. Gon postanowił zasłonić mi oczy czarną, skórzaną maską, która doskonale uniemożliwiała zobaczenie czegokolwiek. Sapnąłem, gdy zostałem przekręcony na plecy i poczułem, jak chłopak na mnie siada. Jego oddech ogrzał moją skórę, lecz dla mnie to było stanowczo za mało. Pragnąłem jego dotyku, pocałunków, pieszczot…
- Otwórz usta – powiedział, a ja od razu spełniłem jego prośbę. Po chwili poczułem na ustach coś gorącego i nieco wilgotnego, co bez wątpienia było główką jego penisa. Polizałem ją i spróbowałem się na niej zassać, lecz pozycja, w jakiej obecnie się znajdowałem, uczyniła to niemal niewykonalnym. Wystawiłem więc język i jeszcze szerzej rozchyliłem wargi, pokazując mu, że śmiało może pozwolić sobie na więcej. I faktycznie skorzystał. Jego męskość zaczęła zagłębiać się we mnie po same jądra, a to, że w ogóle nie mogłem mieć nad tym kontroli, podniecało mnie i sprawiało, że mógłbym robić to w nieskończoność. Zacisnąłem dłonie w pięści, trochę żałując, że nie mogę nimi złapać ud Gona i zadrapać jego skóry paznokciami.
Po kilku minutach wycofał się, a ja w końcu mogłem łapczywie nabrać powietrza, nadrabiając niedobory tlenu. Zakaszlałem, gdy kolejny haust okazał się zbyt głęboki i gwałtowny.
- Ostrożnie – mruknął Gon, gładząc mnie po włosach i majstrując przy moim kroczu. Jęknąłem, wypychając biodra i prosząc go w ten sposób o dotyk. Czując zimne, lepkie od żelu palce wchodzące we mnie, odetchnąłem głęboko i mocno odchyliłem głowę, chłonąc jego bliskość każdą, nawet najmniejszą komórką swojego ciała. – Muszę przyznać, że jesteś teraz bardzo seksowny.
- Zawsze jestem seksowny – prychnąłem, starając uśmiechnąć się zawadiacko, lecz przez kolejną wstrząsającą mną falę rozkoszy okazało się to niewykonalne.
- Cóż, w to nie wątpię – zaśmiał się, cofając dłoń. Westchnąłem, czując nagłą pustkę, i poruszyłem nogami, próbując w jakikolwiek sposób pozbyć się tego nieznośnego uczucia. Ten problem szybko jednak zniknął, gdyż palce zastąpił wibratorem. Zaczął ustawiać to najmniejsze, to największe wibracje, a ja mogłem jedynie wić się na łóżku i wydawać z siebie niecenzuralne odgłosy. Prawie doszedłem, ale Gon zacisnął palec u szczytu mojego penisa, uniemożliwiając mi to.
- G-Gon! – wykrzyknąłem żałośnie, podkurczając palce stóp i zaciskając w nich prześcieradło. Z moich otwartych ust powoli sączyła się ślina, ja sam zaś odchodziłem od zmysłów.
- Wyglądasz teraz tak pięknie – wymruczał, składając krótkie pocałunki na mojej twarzy. W pewnym momencie zdjął mi opaskę, dzięki czemu mogłem spojrzeć w jego pięknie bursztynowe oczy.
- Za długo… na to… czekałem – wydyszałem, patrząc na niego błagalnie.
- Przepraszam, że tyle to trwało – powiedział, co zabrzmiało nieco dziecinnie. Nachylił się i objął wargami mój obojczyk, jednocześnie zaczynając stymulować moją męskość. Doznania były tak silne, że pociemniało mi przed oczami gdy szczytowałem. Po wszystkim opadłem bez sił na łóżko, ciężko dysząc i próbując odzyskać jasność umysłu. Mocno zacisnąłem uda, chcąc pozbyć się mrowiącego uczucia, jakie zostawił po sobie wibrator.
- Wypadałoby, żebym ci się odwdzięczył – szepnąłem, obserwując go spod przymkniętych powiek. Uśmiechnąłem się zachęcająco i objąłem go nogami, przyciągając do siebie i zachłannie całując.
- Tak bardzo się cieszę z naszego spotkania – odparł, całkiem poważnie, po czym przytulił mnie i zagłębił nos w moich włosach. Słyszałem, jak głęboko wciąga powietrze i mruczy z zadowolenia.
- Rozwiąż mnie, a obiecuję, że ucieszysz się jeszcze bardziej – zachęciłem go, a po jego spojrzeniu byłem pewny, że dzisiejsza noc będzie długa i bardzo owocna.
* * *
Gdy tylko otworzyłem oczy, wiedziałem, że nie ma siły, która wyciągnęłaby mnie z łóżka. Byłem wykończony i odrętwiały, choć w ten przyjemny i satysfakcjonujący sposób. Gdyby to ode mnie zależało, mógłbym budzić się w tym stanie codziennie.
Przewróciłem się na bok i przytuliłem do nadal śpiącego Gona. Przyjrzawszy się jego twarzy, zacząłem doszukiwać się podobieństw do jego dziecięcej wersji. Bardzo wydoroślał, to fakt, lecz gdzieś tam nadal tkwiło to ciekawskie, odważne i nieugięte dziecko, które tak bardzo mnie kiedyś zafascynowało. Zresztą, młody Freecss nie miał szans, żeby zmienić swoje naiwne podejście do życia. Mógł stać się bardziej rozważny, lecz to dawne nawyki stanowiły to, kim jest.
Uśmiechnąłem się i zacząłem drażnić jego nos paznokciem, chcąc w ten sposób obudzić chłopaka. Udało mi się to za piątym podejściem; chłopak uchylił powieki i spojrzał na mnie, zaspany i słodki do granic możliwości.
- Dzień dobry, Gon – przywitałem go, uśmiechając się i zarzucając nogę na jego udo. – Jak się spało?
- Wspaniale – mruknął, przysuwając mnie do siebie i stykając nasze czoła. – Daj mi jeszcze chwilę. Zaraz wstanę.
- Zawsze byłeś taki energiczny, pełen wigoru… Co się stało z drzemiącym w tobie potworem?
- Na razie też śpi – burknął, coraz bardziej tracąc świadomość. Prychnąłem i szczelniej okryłem nas kołdrą, po czym zamknąłem oczy, rozkoszując się bliskością i ciepłem Gona. – Hisoka, kocham cię – zdążył jeszcze wyszeptać.
- Rany, i co ja mam ci odpowiedzieć? – westchnąłem, kręcąc głową z niedowierzaniem.
- Najlepiej to samo.
Zaśmiałem się i pocałowałem go w usta, ciągle nie wierząc w to, co miało miejsce przed chwilą.
- Jeśli to będziesz ty, możesz mnie mieć tak długo, jak tylko będziesz chciał – zapewniłem, mając nadzieję, że domyśli się, o co mi chodzi.
Po jego błogim wyrazie twarzy wywnioskowałem, że zrozumiał.





Ech, znowu musieliście tyle czekać na kolejny rozdział... I to wszystko przez to, że jestem leniem. Wielkim leniem. Troszku zapracowanym porządkami w ogrodzie, ale nadal leniem.
Tak dla pocieszenia dodam, że kolejny rozdział, jaki wstawię, będzie prawdopodobnie kolejną częścią "Fairyland", a co za tym idzie w końcu rozpocznę kolejne dłuższe opowiadanie. Muszę tylko zastanowić się, co ma się w nim dziać i wgl, a reszta już pójdzie.
Trzymajcie się i do następnej notki, Towarzysze!

sobota, 24 marca 2018

Podróżnicy

Ten rozdział mógł pojawić się szybciej, gdybym nie była leniem i nie zwlekała ze sprawdzeniem tekstu. Ach, to cienszkie życie pisarza >.<'
Motyw przewodni: czas.
Paring: Bret x Klayton.
Bret = Blue Stahli/Sunset Neon, Klayton = Cellldweller/Scandroid.
Z całego serduszka polecam ich muzykę, a w szczególności Scandroid, czyli najlepsze New Retro Wave, jakie dane mi było usłyszeć ♥
A teraz, nie przedłużając dłużej, miłej lektury!

A tu taka mała próbka Blue Stahli

Biegł zatłoczoną ulicą, przepychając się przez tłum ludzi i co chwilę oglądając się przez ramię. Od kilkunastu minut bezskutecznie próbował połączyć się ze swoim partnerem, a przecież ten cholerny komunikator miał działać bez względu na epokę czy nawet miejsce we wszechświecie. Tymczasem w słuchawce słychać było jedynie szum, na ekranie nie wyświetlały się współrzędne, a system zbierania danych nie potrafił niczego odnaleźć. W dodatku ciągle ścigały go jakieś roboty, których za nic nie potrafił zgubić.
Dopadł do wąskiej uliczki, gdzie wspiął się na dach po starej, zardzewiałej drabince. Zaczął biec slalomem, by możliwie jak najczęściej znajdować się pod osłoną kominów czy dziwnych kwadratowych klatek rozsianych w równych odstępach, w całości wykonanych z szarego betonu. Skorzystał z okazji i rozejrzał się. W dole rozciągała się ciemna, nijaka dzielnica, gdzieniegdzie rozświetlona blaskiem neonów. Na horyzoncie górowały wysokie i nowoczesne wieżowce, szklane, smukłe i na pewno diabelnie drogie. Wokół nich unosiła się jasna smuga, która rozjaśniała niebo daleko poza obrzeżami strefy bogaczy.
Słysząc świst pocisku tuż koło głowy, instynktownie skulił się i pokracznie pognał za najbliższy betonowy blok. Dalej nie opłacało się biec, zbyt dużo wolnej przestrzeni, postanowił więc zeskoczyć z powrotem na ulicę. Przez chwilę bezwładnie opadał w dół, a gdy jego stopy zetknęły się z chodnikiem, pozwolił nogom ugiąć się i wykonał przewrót w przód, unikając tym samym złamania kończyn. Niezgrabnie wstał i pognał za róg, który na krótką chwilę zapewnił mu bezpieczeństwo. Dostrzegłszy chłopaka dosiadającego motocykl, nie zawahał się ani chwilę. Szarpnął go w tył za kołnierz skórzanej kurtki i wskoczył na pojazd, nie wracając uwagi na głośne protesty tamtego. Włożył ręce w otwory, które zastępowały kierownicę, i ruszył z piskiem tylnej opony, znacząc na ulicy ciemny ślad. Chwilę zajęło mu opanowanie maszyny, lecz dzięki niej nie musiał się bać, że nie starczy mu sił na dalszą ucieczkę. Pościgu także już nie widział. Ilekroć się odwracał, nie było za nim tych zimnych, szarych twarzy i luf wycelowanych w jego głowę.
Spróbował ponownie połączyć się z Bretem, lecz efekt był taki sam, jak poprzednio. Zaklął pod nosem i przyspieszył, zmierzając w kierunku wyjazdu z miasta. Miał nadzieję, że tam roboty tak łatwo go nie znajdą, dzięki czemu znajdzie chwilę na majstrowanie przy komunikatorze.
Brak kasku utrudniał jazdę, wyciskając z jego oczu łzy. Powietrze było niesamowicie zanieczyszczone przez wszechobecny smog, a jaskrawe kolory bijące po oczach z bilbordów mieszające się z białym światłem reflektorów działały na nerwy. W dodatku wszystko inne było albo szare, albo czarne, zlewając się ze sobą w jeden wielki ocean ciemności. Na niebie nie widać było ani jednej gwiazdy czy księżyca, choć można by przysiąc, że jest noc.
Pogrążony w myślach, nie zauważył, że pojazdy wokół niego rozjeżdżają się we wszystkich kierunkach, jedynie pas prowadzący prosto pozostawiając pusty. Nim zdążył zastanowić się, co to oznacza, tylne koło jego motocyklu rozpadło się, trafione pociskiem. Przeleciał w powietrzu kilka metrów, po czym boleśnie opadł na asfalt. Odbił się od niego jakieś sześć razy, tyle przynajmniej naliczył, jednocześnie turlając się i raniąc o szczątki roztrzaskanego dwukołowca. Gdy się zatrzymał, szumiało mu w głowie, ciało bolało, a umysł nie potrafił przetrawić bombardujących go bodźców. Zaczął gramolić się na kolana, próbując wstać, lecz nie miał dość sił, by to zrobić. Drżącą dłonią sięgnął za pazuchę i wyciągnął małą, metalową strzykawkę. Wbił igłę głęboko w szyję i nacisnął spust, a płyn z fiolki błyskawicznie trafił do krwi, rozchodząc się po organizmie. Po kilku sekundach czuł się już na tyle dobrze, że mógł wstać i na chwiejnych nogach kuśtykać w stronę bramy, starej i nadgryzionej zębem czasu. Za sobą w dalszym ciągu słyszał mechaniczne odgłosy kroków, równe i zsynchronizowane jak w zegarku. Na szczęście nie padł żaden strzał. Inaczej byłoby po nim.
Przyspieszył, czując, że specyfik w końcu w pełni oszukuje jego ciało, dając fałszywe złudzenie pełnej sprawności. Pędem ruszył do jedynego wyjścia, jakie miał przed sobą, chroniąc głowę przedramionami. Dopadłszy do bramy, szarpnął jedno z jej skrzydeł i przecisnął się przez powstałą w ten sposób szparę. Gdzieś z boku świsnęła kolejna laserowa wiązka, jednak nie stanowiła dla niego zagrożenia. Udało mu się wydostać z tego przeklętego miasta.
Chwilę zajęło mu przystosowanie się do nowego otoczenia. Rozejrzał się, próbując wybrać najlepszą drogę ucieczki. Gdy spojrzał w tył, zobaczył, jak roboty zatrzaskują bramę i zamykają ją kłódką, która zaraz po zatrzaśnięciu zaczęła buczeć, jakby była pod napięciem. Nie wiedząc, co to znaczy, po prostu wbiegł między zwęglone zgliszcza zdobiące tereny poza metropolią. Wszystko to wyglądało jak smętna pozostałość po dawnej cywilizacji, upiorna przestroga dla wszystkich, którzy sprzeciwiają się nowemu światu.
Czując, jak napięcie stopniowo opuszcza jego ciało, wszedł do małego budynku, który jako tako się ostał i nie wyglądał, jakby lada chwila miał się zawalić. Usiadł w kącie, skąd miał widok na drzwi i był pewny, że nikt go nie zaskoczy. Wyprostował nogi, które dość mocno poobijał podczas wypadku. Ręce znowu zaczynały drżeć, lecz póki mógł próbować skalibrować  komunikator, było w porządku.
Po kilku minutach dał sobie spokój. Ból w palcach zaczął utrudniać jakikolwiek ruch nimi, bał się, że niechcący uszkodzi urządzenie, niwecząc plany powrotu do domu. Oparł głowę o ścianę i westchnął, zastanawiając się, co poszło nie tak.
Każda inna podróż kończyła się lepiej lub gorzej, ale nigdy tak fatalnie. Owszem, zdarzało się, że ledwo uciekał śmierci, lecz nigdy nie stracił łączności z Bretem, nawet gdy zwiedzał pradawne dżungle. A wtedy przeniósł się do cholernego triasu! Tam sprzęt miał prawo nawalić. Nie w mieście z przyszłości naszpikowanym technologią.
Usłyszawszy stłumione, ledwo słyszalne kroki, zmobilizował się do otworzenia oczu. W pomieszczeniu było ciemno, w dodatku śmierdziało spalenizną, co nieco go rozpraszało, jednak chrzęst żwiru stawał się coraz wyraźniejszy, i był pewny, że to nie jest halucynacja. Spróbował wstać, co okazało się niemożliwe ze względu na rany. Pech chciał, że w kieszeni nie miał już cudownego koktajlu, który zapewniłby mu kolejny zastrzyk energii. Ostatkiem sił wyciągnął pistolet, choć przekonał się, iż ścigającym go robotom nie zrobi absolutnie żadnej szkody. Wycelował w jedyne wejście, modląc się o cud.
Pierwszym, co ujrzał, był karabin maszynowy. Zaraz za nim pojawił się człowiek, lecz to nie uśpiło jego czujności. Wiedział, że nie został na razie zauważony, a to działało na jego korzyść.
- Nie ruszaj się – wycedził, ignorując metaliczny posmak w ustach. Napastnik powoli odwrócił się w jego stronę, po czym momentalnie uniósł broń.
- Hej, znalazłem go! To człowiek! – krzyknął, zwracając się do swoich towarzyszy, którzy najwyraźniej przeszukiwali sąsiednie ruiny. – Spokojnie, nie bój się. Gramy w tej samej drużynie.
- Nie mam co do tego pewności.
- Jesteśmy tacy jak ty. Też sprzeciwiliśmy się systemowi i uciekliśmy. Nie ma potrzeby, żebyś nam nie ufał.
- Jest jeden problem – zaczął, choć wypowiadanie się zaczynało sprawiać mu trudność. Zamrugał oczami, próbując pozbyć się dziwnych, wirujących wszędzie plamek. Z jego dłoni wypadła broń, lecz ledwo to odnotował. Zmęczenie i rany najwyraźniej wygrały, pozbawiając go przytomności.
- Szybko! Jest porządnie poobijany i krwawi – powiedział mężczyzna, podbiegając do nieprzytomnego. Położył palce na jego szyi, a wyczuwszy puls, odetchnął z ulgą. – Sasza, Yakuro, złapcie go pod ramiona, ja wezmę nogi - nakazał, nasuwając gogle na oczy.
Przenieśli go do obozu, który znajdował się w większości pod ziemią. Nie licząc kilku budynków, które w miarę możliwości zabezpieczono i odbudowano, krajobraz niewiele różnił się od tego wokół. Gdyby tylko zabrać namioty i beczki, w których tlił się ogień, a także rozkazać ludziom schować się, niewprawne oko nie zobaczyłoby tu niczego więcej jak ruiny. Inaczej to wyglądało, gdy zeszło się niżej. Najwyraźniej to, co wydarzyło się kiedyś na górze, nie miało żadnego wpływu na podziemia, dzięki czemu kompleks tuneli i przestronnych sal zachował się w niemal nienaruszonym stanie. Na ścianach ciągnęły się kable, które zasilały małe, jednak dające dużo światła lampy. Wokół panował ład i porządek, co pozwalało zapomnieć, w jakim świecie obecnie się znajduje.
- Mike, na litość boską – wydusił mężczyzna, który wyszedł naprzeciw drużynie zwiadowczej. – Dlaczego wszyscy, których znajdujesz, muszą ledwo żyć?
- Szybko, połóżmy go – powiedział, ignorując go i zmierzając do małego pokoiku, znajdującego się tuż obok. – Doktorze, zajmij się nim.
- Gdzieście go znaleźli? – stęknął, zapalając lampę i przyglądając się pacjentowi. – Od roku nikt nowy nie przyszedł.
- Niedaleko bramy. Kończyliśmy zwiad i mój radar wykrył jego obecność. Zdziwiło mnie, że nie mógł podać jego dokładnej lokalizacji, jakby coś zakłócało sygnał.
- Dziwne – mruknął, w skupieniu lustrując nieprzytomne ciało. – No nic, wy dwaj możecie odejść. Mike, pomożesz mi go opatrzyć.
- Zabrałem to, myślę, że cię zainteresuje – powiedział Yakuro, wyciągając z kieszeni pistolet. – Chciał się tym bronić. Pierwszy raz widzę tak stary model na żywo, to istny antyk.
- Antyk?
- Produkowany w latach sześćdziesiątych dwudziestego pierwszego wieku – wyjaśnił, niemal z czułością przyglądając się przedmiotowi. – Nawet w muzeach ich nie mają, a ten jest nowy i w pełni sprawny.
- Wygląda na to, że trafiła nam się grubsza sprawa – mruknął Mike. – Wszystko się wyjaśni, gdy ten facet się obudzi. Oby to nie był jakiś szpieg czy inne gówno.
- Chłopcy, pogadacie później – mruknął doktor, zniecierpliwiony zwłoką. Sasza i Yakuro skinęli głowami, po czym wyszli z pomieszczenia.
- Co mam robić? – zapytał Mike, wyczekująco spoglądając na mężczyznę i czekając na instrukcje.
Choć nie był lekarzem z wykształcenia, zawsze starał się pomagać jak może, i pewnie dlatego doktor najczęściej wybierał do współpracy jego. Dzięki temu mężczyzna liznął nieco podstaw, co często okazywało się przydatne na zwiadach. Zresztą, był wszechstronnym człowiekiem, lubił uczyć się nowych rzeczy i nie potrafił długo usiedzieć w miejscu. Zdolności przywódcze i naturalność, jaką emanował, stanowiły dodatkowe atuty, które uczyniły go przywódcą, choć oficjalnie sam się do tego nigdy nie przyznał.
- Musimy go rozebrać – powiedział doktor. – Unieś go, tylko powoli. Ja postaram się zdjąć z niego kurtkę. Resztę rozetniemy, i tak nie nadaje się do noszenia.
Mężczyzna wykonał polecenie, ostrożnie podnosząc bezwładne ciało i zręcznie współpracując z sękatymi rękami, które ciągnęły za materiał.
- Połóż go – nakazał, odwieszając na krzesło kurtkę. Wziął nożyczki i zaczął przecinać podartą, brudną i mokrą koszulkę, z precyzją odrywając ją od skóry. Pacjent poruszył się niespokojnie, najwyraźniej reagując na nową dawkę bólu. – Jeśli się obudzi, będziesz musiał go przytrzymać. Na pewno zacznie się szarpać.
- Skąd wiesz?
- Każdy tak robił – odparł, wzruszając ramionami. Zaczął odcinać kawałki nogawek, choć było to trudne, gdyż były wąskie i ciasno opinały nogi.
- Wiesz, te ubrania nie wyglądają jak z naszej epoki – zauważył, biorąc w dłoń kawałek niezakrwawionej szmaty. – Nie rozpoznaję tych materiałów, a nie wyglądają jak jakiś nowy wynalazek.
- Zabytkowa broń i ciuchy… Co tu jest grane?
- Też chciałbym wiedzieć – westchnął. Chwilę później na jego czole pojawiła się pionowa bruzda, zdradzająca, że intensywnie nad czymś myśli. – Thomas, a jeśli on, no wiesz. Nie jest z tych czasów?
- Przybył z przeszłości? Proszę cię, do dzisiaj stanowi to barierę nie do przeskoczenia.
- Więc jak to inaczej wytłumaczyć? Gdyby był zwykłym uciekinierem, nie próbowałby się przed nami bronić. Przecież każdy, kto ucieka, wie o tym obozie. Poza tym jak mu powiedziałem, że jesteśmy tacy sami, że też się zbuntowaliśmy, to powiedział coś w stylu: „Jest jeden problem”.
- To o niczym nie świadczy – przerwał mu, nim ten zdążył rozkręcić się z zasypywaniem go argumentami. – Zostaw gdybanie na później, teraz pomóż mi się nim zająć.
- Jasne – mruknął, nieco rozczarowany, jednak więcej nie drążył tematu.
- Wygląda na to, że nic poważnego mu nie jest, kilka otarć i głębszych ran. Załatwiło go zmęczenie, stres pewnie też dołożył swoje – stwierdził, przykładając do ramienia rannego podłużny przedmiot, który zapiszczał cicho i zaczął wysuwać małą karteczkę, niemal w całości pokrytą liczbami. – W jego krwi znajdują się śladowe ilości kilku substancji wspomagających, i z pewnością nie jest to naturalne. Musiał coś zażyć, pewnie dlatego uciekł.
- Ale te rany… Nie wyglądają, jakby zrobiono je podczas walki czy zwykłej ucieczki.
- Uderzył w ziemię z dużą prędkością i chwilę zajęło, nim się zatrzymał. Zakładam, że spadł z jakiegoś pojazdu, ewentualnie któryś z robotów nim rzucił, ale to raczej mało prawdopodobne.
- Pewnie dorwał motocykl, też bym tak zrobił.
- Ty tu jesteś ekspertem w tych sprawach – zaśmiał się, jednocześnie nakładając żółtawą, półpłynną papkę na miejsca, w których mężczyzna był ranny. Gdy tylko substancja trochę zaschła, zakleił ją opatrunkami, które dodatkowo chłodziły, przynosząc minimalną, ale jednak ulgę. – Więcej nie zrobimy. Podpiąłbym go pod kroplówkę, ale nie wiem, jak jego organizm zareaguje na kolejne wspomaganie, tym bardziej, że nie wydalił poprzedniego. Możemy jedynie czekać, aż się obudzi.
- Popilnuję go, ty możesz iść.
- Zostanę, to żaden kłopot.
- Przecież widzę, że jesteś zmęczony. Skorzystaj z chwili wytchnienia i odpocznij, należy ci się chociaż tyle.
- Dzięki, Mike – odparł z wdzięcznością, klepiąc go po ramieniu.
Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, Mike sięgnął po dziwne urządzenie, które zdjął z ręki nieprzytomnego. Nie miał pojęcia, do czego służy, a włączenie go niewiele dało. Na ekranie widać było tylko ciąg bezustannie przesuwających się liczb i cyfr, które albo były jakimś szyfrem, albo kompletnie nic nie znaczyły. Spróbował po kolei nacisnąć każdy z przycisków, które znajdowały się po bokach, ale efekt był taki sam.
- Dziwne to.
Zajęty oglądaniem nieznanej mu technologii, nie zauważył, że pacjent, którego miał pilnować, przygląda mu się spod na wpół przymkniętych powiek.
- Zostaw – wycharczał w końcu, widząc, jak nieznajomy potrząsa komunikatorem. Mężczyzna wzdrygnął się i szybko odłożył przedmiot, robiąc przy tym minę godną ośmiolatka przyłapanego na gorącym uczynku.
- Szybko się obudziłeś – zauważył, próbując odwrócić jego uwagę od poprzednich wydarzeń. – Jak się czujesz?
- Jak kupa gówna – przyznał, ostrożnie się rozglądając. – To wasza baza?
- A konkretnie gabinet Thomasa, naszego doktora.
- Który mamy rok? – zapytał, powoli siadając na twardej pryczy. Zabrał swój lokalizator i znowu spróbował go skalibrować, lecz i tym razem nieskutecznie. – I co to za miejsce?
- Dwa tysiące pięćset siedemnasty. Obecnie to jedyne miejsce na planecie, gdzie występuje życie. Reszta wygląda albo jak te ruiny, albo w ogóle wyparowała.
- Tak sama z siebie?
- Zasługa bomb z antymaterii. A ty? Skąd jesteś? A właściwie z kiedy?
- Dwa tysiące sześćdziesiąty siódmy.
- I podróżujecie w czasie? Przecież wasza technologia…
- Długa historia – przerwał, uznając ten temat za mało istotny. – Da się to naprawić?
- Yakuro da radę, wcześniej pracował przy Edenie. Jest specjalistą, jeśli chodzi o wszelką technologię.
- Tyle mi wystarczy – mruknął, próbując wstać. Zachwiał się, wyraźnie przeceniając swoje siły, i z powrotem opadł na łóżko, sycząc przy tym z bólu.
- Spokojnie, nie ma się co spieszyć. Najpierw odzyskaj siły.
- Nie mam czasu. Muszę wracać do siebie.
- Bo w takim stanie ci się to uda – prychnął, wywracając oczami. - Rozumiem, że chcesz wrócić, i pomogę ci w tym, ale dopiero jak odpoczniesz. Spójrz na siebie, cały jesteś poobijany!
- Bywało gorzej.
- Co mnie to obchodzi? Masz leżeć!
Spojrzał na mężczyznę, chwilę myśląc, po czym uniósł dłonie, kapitulując. Facet miał rację. Potrzebował godziny, góra dwóch snu, żeby móc stanąć na nogi. Na chwilę obecną jedyne, co byłby w stanie zrobić, to spaść na podłogę i próbować doczołgać się do wyjścia. Na coś tak żałosnego by się nie zdobył.
- Przyprowadź tego swojego specjalistę, niech spojrzy na komunikator. Tak będzie szybciej.
- Na to mogę się zgodzić – powiedział po chwili zastanowienia, tym razem łagodniejszym tonem.
- Ale zanim wyjdziesz, podaj mi kurtkę.
- Po co ci ona?
- Mam coś w kieszeni, co chciałbym wziąć.
- Mogę ci to dać – zaproponował, lecz widząc wściekłe spojrzenie tamtego pokręcił głową i podał mu jego własność. Ciekawiło go, co takiego mężczyzna ukrywał. Mimo to wyszedł, zostawiając go samego, nawet jeśli nie do końca mu ufał. Poszedł do kwatery numer piętnaście, gdzie zastał na wpół śpiącego Yakuro. Lekko, acz stanowczo potrząsnął jego ramieniem, choć nie chciał tego robić. Mężczyźnie należał się odpoczynek, ostatnie dni były dla nich intensywne. – Jest robota.
- Jaka? – zapytał, siadając na pryczy i przecierając oczy. – Chodzi o tego nowego?
- Dasz radę naprawić jego komunikator?
- Się zobaczy – mruknął, narzucając na siebie długi czarny płaszcz, by choć trochę okryć nagi tors. – Masz go?
- Obawiam się, że nasz nowy towarzysz chce patrzeć nam na ręce, gdy będziemy mu pomagać.
- Dobra, wezmę tylko jakieś narzędzia.
- Dzięki – powiedział, klepiąc go po ramieniu. – Po wszystkim dostaniesz dzień wolnego, żebyś mógł się porządnie wyspać.
- Powiedz mi, skąd jest ten facet? Nie wygląda jak typowy mieszkaniec Elysium.
- Twierdzi, że jest z dwa tysiące sześćdziesiątego siódmego.
- O stary, odjazd! – wykrzyknął, o mało nie wysypując zawartości torby, którą właśnie zarzucał na ramię. – Nie wiedziałem, że wtedy podróżowali w czasie.
- I to mnie najbardziej martwi. Nawet dzisiejszym naukowcom to się nie udało, a on sprawia wrażenie, jakby to była jego setna podróż.
- Nie zdziwiłbym się, gdyby ci z Edenu znali wytłumaczenie – mruknął, otwierając drzwi na oścież i kiwając głową na towarzysza, by wyszedł z pomieszczenia i do niego dołączył. – Nie jedno ukrywają przed ludźmi.
- Przecież tam pracowałeś. Przypomnij sobie, może coś wiesz?
- Odpadłem po miesiącu, a oni pokazali mi tylko z jeden procent, jak nie mniej. Nawet po kilku latach mógłbym niczego nie wiedzieć.
- Cała nadzieja w tym, że nasz podróżnik w czasie uchyli rąbka tajemnicy – odparł, wzdychając i wprowadzając Yakuro do gabinetu doktora. – Oto specjalista – oznajmił, chcąc zwrócić na siebie uwagę mężczyzny, który leżał bez ruchu i wpatrywał się w sufit.
- Mike, on chyba śpi – zauważył, podchodząc do łóżka i przyglądając się pacjentowi.
- Dobra, zostaw go. Komunikator leży na stoliku, zerknij na niego.
- Nie licząc materiałów, mamy tu niezłe cacko – powiedział, chwilę przyglądając się urządzeniu. – System chyba stracił kompatybilność, ale nie wygląda to na zamierzony efekt. Jakby jakiś bodziec zmusił go do tego.
- Dasz radę coś z tym zrobić?
- Proszę cię. Nie takie rzeczy robiłem – zaśmiał się, spoglądając z pobłażaniem na mężczyznę. – Będę musiał odblokować nadajnik, żeby mógł łączyć się z tutejszą bazą, bez tego nie ruszy. Chociaż, przyznam szczerze, nie całkiem rozumiem całokształt. To zaawansowana technologia, wyprzedzająca nawet naszą. Ktokolwiek to wymyślił, jest cholernym geniuszem.
- Ile ci to zajmie?
- Normalnie zrobiłbym to w jakieś trzy godziny…
- A nienormalnie?
- Ten, kto zrobił komunikator, na bank naszpikował go zabezpieczeniami. Gdybym miał do czynienia z amatorem, albo kimś na moim poziomie, szybko bym je złamał. Do tego dochodzi kwestia samego systemu. Zanim się z nim oswoję, nauczę rozczytywać… Chodzi mi o to, że sporo będę się uczył na bieżąco.
- Yakuro, konkrety. I tak niewiele rozumiem.
- Kilka dni. Tyle może mi to wszystko zająć – przyznał, choć niechętnie. Do tej pory uważał się za eksperta, w całym obozie nie było nikogo, kto potrafiłby chociaż połowę tego co on. Tymczasem wystarczyło jedno urządzenie z przeszłości, by nadszarpnąć jego reputację, tym bardziej, że porażkę również brał pod uwagę.
- Dla mnie nie ma problemu, dałbym ci i miesiąc, ale on – tu wskazał na śpiącego mężczyznę – jest nieco niecierpliwy.
- Musisz go przekonać. Jeśli przez pośpiech zrobię coś nie tak, może tu utknąć na zawsze.
- Wygląda na to, że sam będziesz mógł to zrobić – powiedział, zauważywszy, że nieznajomy zaczyna się budzić.
- To ten specjalista? – zapytał, podnosząc się i lustrując mężczyzn zamglonym, acz uważnym spojrzeniem.
- Mam na imię Yakuro…
- Dasz radę to naprawić? – przerwał mu. Widać było, że nie ma ochoty na spoufalanie się z kimkolwiek.
- Jasne. Daj mi kilka dni, a będzie jak nowy.
- Kilka dni? – jęknął, odgarniając z oczu przepocone, czerwone włosy, które jeszcze niedawno były idealnie ułożone. – Mówiłeś, że zna się na rzeczy.
- Bo tak jest – zapewnił Mike.
- Posłuchaj… Jak ty się w ogóle nazywasz? – zapytał Yakuro.
- Klayton.
- Posłuchaj, Klayton. Kto zrobił ten komunikator? Jeszcze nie widziałem takiego sprzętu.
- Mój… przyjaciel. Jest naukowcem. Bret Autrey.
- Jak naukowiec, który zaginął zaraz po moim dołączeniu do Edenu – zaśmiał się Yakuro. – Też był geniuszem, ale ponoć…
- Zaraz, co? To tu istniał ktoś taki? – wtrącił Klayton, wyraźnie poruszony.
- No przecież mówię.
- Wiesz, jak wyglądał?
- Gdybym go zobaczył…
- To on? – zapytał, wyciągając w stronę mężczyzny zdjęcie Breta. Yakuro chwilę mu się przyglądał, po czym zbladł i spojrzał na Mike’a z przerażeniem.
- To by wiele wyjaśniało… Czy Autrey ci coś mówił? Skąd pochodzi, nad czym pracował, cokolwiek?
- Znalazłem go przed swoim domem, nieprzytomnego i z dziwną płytką wystającą z czoła. Jak się obudził, pamiętał tylko jak się nazywa i że jest naukowcem. Później zaczął sklecać te swoje wynalazki, mówił, że dzięki temu wracają wspomnienia. Powiedział, że jest z przyszłości, że ktoś go ścigał i próbował pozbawić pamięci, ale wszczepił sobie w głowę zabezpieczenie, które zakłóciło proces. Od jakiegoś czasu skaczę po różnych epokach, które jego zdaniem mogą być tymi, z których pochodzi.
- Zawsze mówili, że Autrey zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach, uznano go za zmarłego… Były plotki, że jego eksperyment poszedł źle i wysadził się w powietrze.
- Myślałem, że będziecie coś wiedzieć – mruknął Klayton, pocierając bark i krzywiąc się przy tym z bólu. – W każdym razie musicie naprawić mój komunikator. Tylko wtedy będę mógł skontaktować się z Bretem i go tu sprowadzić.
- Oszalałeś? – wykrzyknął Mike. – Jeśli go tu znajdą…
- Musi wrócić. Inaczej sobie nie przypomni.
- Co nie zmienia faktu, że to głupi pomysł, a do tego bardzo ryzykowny. Skoro jest stąd, może nadal mieć w sobie jakieś nadajniki, był w końcu członkiem Edenu. Być może podróż w czasie je uszkodziła, ale co, jeśli nadal są sprawne?
- Co to jest ten Eden? Ciągle o nim mówicie.
- Yakuro ci to wytłumaczy. Ja idę na obchód, mam inne rzeczy na głowie niż niańczenie dziwaków.
- I kto tu jest dziwakiem – zakpił, patrząc za wychodzącym z pomieszczenia mężczyzną. Słysząc trzaśnięcie ciężkich drzwi, prychnął i skierował wzrok na Yakuro.
- Mike to dobry facet. Wiele mu zawdzięczamy.
- Nieważne. Mów o Edenie.
- Metropolia, z której uciekłeś, to Elysium. W nowej dzielnicy jest centrum badawcze, Electronic Paradise, a Eden to jeden z największych projektów, nad jakim pracują najlepsi specjaliści, wręcz wybrańcy.
- Co to za projekt? – zapytał, powoli stając na podłodze i próbując rozruszać odrętwiałe kończyny, nadal pulsujące tępym, acz znośnym bólem.
- Sam do końca nie wiem. Chcą stworzyć komputer, który mógłby bezpośrednio połączyć się z ludzkim mózgiem. Zanim wtajemniczyli mnie w konkretne plany, uciekłem. To, co wyprawiają w Edenie, jest jednym słowem nieludzkie. Nie chciałem brać w tym udziału.
- I mówisz, że Bret był jednym z naukowców Edenu?
- Więcej. On był jego założycielem.
Po jego słowach nastała niezręczna cisza, przerywana jedynie odgłosem bosych stóp stykających się z podłogą. Yakuro chciał coś powiedzieć, cokolwiek, ale jak na złość nic nie przychodziło mu do głowy. Klayton przerażał go w niewyjaśniony, pierwotny sposób. Jego dzikie spojrzenie, postawa godna wojskowego, aura, jaką emanował, to wszystko sprawiało, że mężczyzna wyglądał na spokojnego i groźnego jednocześnie. Takiego, co to nie wiadomo o czym myśli.
- Pójdę do siebie, tu nie naprawię komunikatora – oznajmił w końcu, pocierając potylicę. Miał nadzieję, że kropelki potu zdobiące jego skórę nie są widoczne i nie zdradzają, jak bardzo jest zdenerwowany.
- Idę z tobą.
- Nie! – zaprzeczył, nieco zbyt gwałtownie. – To znaczy… Musisz odpoczywać. Jesteś ranny, w takim stanie nie dasz rady chodzić, a co dopiero…
- Nic mi nie jest. Mogę ci pomóc, Bret lubi szyfrować swoje wynalazki używając kodów, które tylko on albo ktoś mu bliski może odgadnąć. Bez tego miną tygodnie, zanim cokolwiek zdziałasz.
- Chyba mnie nie doceniasz – zaśmiał się, choć uwaga Klaytona zabolała go, raniąc jego ambicję i wiarę w siebie. – Ja zajmuję się komunikatorem, a ty zbierasz siły na następną podróż. To chyba uczciwy podział obowiązków.
Klayton tylko prychnął coś niezrozumiałego i odwrócił się do mężczyzny plecami. Widać było, że podjął decyzję, choć niechętnie.
- Trzy dni.
- Co? – zapytał, nie bardzo rozumiejąc.
- Masz trzy dni. Potem przyjdę ci pomóc – sprostował, wracając na pryczę i opadając na nią z cichym stęknięciem. Znowu czuł się słabo, najwyraźniej przecenił swoje ciało. Siniaki zdążyły pokryć znaczną część jego klatki piersiowej, brzucha i kończyn, a na niektórych opatrunkach pojawiły się czerwone plamy. W głowie mu szumiało, podłoga falowała, a ściany to przybliżały się, to oddalały. Zamknął oczy i zacisnął zęby, przeklinając w duchu swoją niemoc.
Nie wiedział, ile czasu minęło, ale gdy w pełni odzyskał świadomość, za drzwiami słychać było gwar, kroki i stapiające się w jeden wielki rozgardiasz rozmowy. Przekręcił się na bok i z niezadowoleniem stwierdził, że ktoś siedzi przy biurku. Wytężył wzrok i stwierdził, iż jest to Mike. Ręce skrzyżowane miał na piersiach, nogi zadarte na blat, a głowę opuszczoną; widać było, że przysnął na warcie. Klayton chrząknął, niby przypadkiem, udając, że dopiero się przebudza. Mężczyzna wyprostował się i spojrzał na niego bacznie, w ogóle nie wyglądając na kogoś, kto sekundy temu drzemał.
- Ile spałem? – zapytał, zdziwiony swoim słabym i zachrypniętym głosem.
- Jakieś czterdzieści godzin – odparł, opuszczając nogi na podłogę. Wyciągnął z szuflady podłużny przedmiot i podszedł z nim do Klaytona. – Wystaw rękę.
- Po co?
- Muszę cię przebadać, doktor kazał.
Mężczyzna nieufnie wykonał polecenie, przyglądając się uważnie, jak Mike przykłada końcówkę przyrządu do jego ramienia, a następnie odbiera wysuwaną przez niego karteczkę.
- Wygląda o wiele lepiej – stwierdził, wyraźnie zadowolony. – Chodź, przyda ci się kąpiel. Okropnie śmierdzisz.
- Dzięki – prychnął, pewnie stając na zimnej kamiennej posadzce. Założył spodnie, które dla niego przygotowano, a także zarzucił kurtkę, upraną i pachnącą czymś dziwnym, a zarazem kojącym i przyjemny. Następnie poszedł za mężczyzną, który od czasu do czasu sprawdzał, czy Klayton aby na pewno za nim podąża.
W końcu weszli do dużego pomieszczenia, które podzielono na kilka mniejszych ściankami działowymi wykonanymi z tworzywa przypominającego bambus. Pod sufitem nadal unosiły się resztki pary oszczędzone przez klimatyzację, a na zlewach leżały przedmioty pozostawione w roztargnieniu bądź umyślnie przez właścicieli. Widać było, że jeszcze niedawno przebywało tu wielu ludzi, choć wokół panował względny porządek.
- W ostatniej kabinie po lewej stronie masz przygotowane mydło i ręcznik – powiedział Mike, sam zaś siadł na stojącym przy ścianie taborecie. – Nie musisz się spieszyć, aczkolwiek uprzedzam, że nie będę czekał w nieskończoność. I zerwij opatrunki, nie będą już potrzebne.
Klayton bez słowa zdjął ubrania i zaczął odklejać plastry, krzywiąc się na widok żółtawych plam, które pod nimi ujrzał. Na początku myślał, że to siniaki, lecz przy bliższych oględzinach stwierdził, iż jest to pozostałość po jakiejś maści, która nie dość, że utworzyła na jego ciele ohydne strupy, to jeszcze odbarwiła skórę.
- Czym mnie wysmarowaliście?
- Zwykła maść na rany. Trochę kłopotliwa, ale skuteczna.
Mężczyzna wzruszył ramionami i wszedł do kabiny. Gdy tylko zamknął drzwi, ze ściany wysunął się dysk, z niego zaś zaczęła lecieć gorąca woda. Chwycił mydło, pachnące tak samo jak jego kurtka, i spróbował zmyć z siebie cały brud możliwie jak najszybciej.
Najchętniej od razu po przebudzeniu poszedłby sprawdzić, jak radzi sobie Yakuro. Wierzył, że mężczyzna zna się na technologii, lecz Bret to zupełnie inna liga. Jego zabezpieczenia były szalone jak on sam, tym bardziej, że naukowiec sam często nie wiedział co i jak robi. Działał instynktownie, utrata pamięci odebrała mu wiele wiedzy i informacji, choć jego ciało nadal potrafiło to, co kiedyś. Przeszkodę stanowił umysł, często nienadążający za dłońmi. Tworzył i konstruował, tak naprawdę nie wyjaśniając, jak to robi, nawet samemu sobie.
Teraz pewnie odchodził od zmysłów. Klayton nie odzywał się od trzech dni, nawiązanie łączności było niemożliwe, żaden z nich nie wiedział, co dzieje się z tym drugim. I to było chyba najgorsze. Niewiedza.
Po kilkunastu minutach wyszedł z kabiny i zaczął się wycierać. Na szczęście nie musiał przejmować się ranami, gdyż te niemal całkowicie się zasklepiły, pozostawiając jedynie różowe blizny. Szybko się ubrał i dołączył do Mike’a, który bez słowa rzucił mu parę skórzanych sznurowanych butów, a także małą torebkę z jakimś płynem, który według napisu na etykiecie stanowił równowartość dziennego zapotrzebowania kalorycznego dorosłego człowieka.
- Zaprowadź mnie do Yakuro – poprosił, choć brzmiało to raczej jak rozkaz.
- Taki miałem zamiar. Kilka godzin temu naprawił komunikator, ale jesteś potrzebny do nawiązania kontaktu. Gadał coś o twojej skórze, nie pamiętam o co mu chodziło.
Klayton zmarszczył brwi, zastanawiając się, jak to możliwe. Mike od razu go przejrzał, gdyż zaśmiał się lekceważąco i spojrzał na mężczyznę z wyższością.
- Mówiłem, że jest dobry – mruknął, prowadząc go szerokim korytarzem. Mijający ich ludzie spoglądali na Klaytona z zaciekawieniem, a niektórzy nawet uśmiechali się do niego przyjaźnie, myśląc, iż jest nowym buntownikiem.
- Nie doceniłem go. Mój błąd.
Gdy byli na miejscu, Mike zapukał w drzwi i otworzył je, nie czekając na zaproszenie. Zajrzał do środka, a gdy ujrzał Yakuro, skinął głową i wprowadził Klaytona.
- Długo spałeś – zagadnął mężczyzna, chcąc nieco rozluźnić atmosferę.
- Niestety. Daj komunikator – powiedział, siadając na rogu biurka. Próbując okiełznać nieco jeszcze wilgotnego irokeza i popijając pożywną papkę, lustrował pomieszczenie spokojnym, czujnym wzrokiem, gotowy zareagować na choćby najmniejsze zagrożenie.
- Nie ciekawi cię, jak go naprawiłem? Wcześniej raczej nie wierzyłeś, że mi się uda.
- Zachowaj to dla siebie, mi i tak do niczego się nie przyda twoja historia – burknął, co w domyśle miało znaczyć: „Pospiesz się i ogranicz słowotok do  minimum”.
Yakuro westchnął, cierpiętniczo spoglądając w stronę Mike’a, i podał komunikator Klaytonowi. Mężczyzna szybko zapiął go na nadgarstku i włączył, modląc się, by faktycznie wszystko poszło zgodnie z planem.
Przez chwilę na ekranie nic się nie działo, całe urządzenie jakby zamarło, przez co Klayton zaczął myśleć, że tym razem szczęście go opuściło. Gdy jednak wyświetlacz zaczął reagować i podjął próbę połączenia z domem, uśmiechnął się, choć było to niemal niezauważalne.
- Działa – szepnął zafascynowany Yakuro, wielkimi jak spodki oczami przyglądając się komunikatorowi. Słysząc cichy szum i trzaski, zaczął nerwowo uderzać palcami w uda, ciekawy, co stanie się dalej.
- Bret, słyszysz mnie? – zapytał Klayton tonem, który zdziwił nawet Mike’a. Był zmartwiony i troskliwy, a przede wszystkim pełny nadziei i radości.
- Scott, żyjesz! – Z komunikatora wydobył się nieco drżący głos, sprawiający wrażenie przeżartego alkoholem. Był dziwaczny i jedyny w swoim rodzaju, tak samo jak jego właściciel. – Zacząłem się bać, że wpakowałem cię w jakiś ocean czy inny zagrażający twojemu życiu szajs, co mogłoby…
- To tutaj, Bret – przerwał mu, wiedząc, że do jutra nie skończy gadać, jeśli pozwoli mu się kontynuować paplanie. – Jestem w twoich czasach.
- Wspaniale! Jak tylko odzyskam pełną kontrolę nad komunikatorem, dołączę do ciebie.
- Nie jestem pewny, czy to będzie takie proste. Są osoby, które twierdzą, że może to być dla ciebie niebezpieczne.
- Osoby, czyli kto?
- Mike i Yakuro. Obaj sądzą, że możesz mieć jakieś nadajniki czy coś w tym rodzaju, dzięki którym cię tu znajdą i dokończą to, w czym przeszkodziłeś. Bo, musisz wiedzieć, narobiłeś sobie wrogów najgorszych z możliwych.
- Wszystko fajnie, ale kim, do cholery, jest Mike i Yakuro? – zapytał, i Klayton mógłby przysiąc, że Bret zmarszczył właśnie brwi, a w jego głowie zaczęły tworzyć się niestworzone historie.
- Ludźmi, którzy sprzeciwili się systemowi i zamieszkali w kanałach. Uratowali mi życie.
- Scott, twoje opisy są wspaniałe, naprawdę – zaśmiał się – ale wiesz, że nie o to mi chodzi.
- Miałeś mnie tak nie nazywać – mruknął, zażenowany. – Bret, nie mamy na to czasu. Przychodzisz tu czy zabierasz mnie z powrotem?
- Będę za kilka minut. W końcu muszę poznać Mike’a i Yakuro - oznajmił, kładąc szczególny nacisk na imiona i niemalże wypluwając je, jakby samo wypowiedzenie ich było dla niego uwłaczające. – Nie rozłączaj się i nie zdejmuj komunikatora. Widzimy się za chwilę.
Urządzenie znowu zaszumiało i nastała cisza. Klayton zaczął przechadzać się po pomieszczeniu, próbując ignorować przeszywające go spojrzenia.
- Miał tu nie przychodzić – powiedział w końcu Mike, przerywając krępującą ciszę. – Jeśli narazi nas na niebezpieczeństwo…
- Nie martw się, nie zostaniemy tu długo. Pójdziemy do Elysium, a jak zrobi się gorąco, wrócimy do siebie.
- To może być zbyt ryzykowne – zaczął Yakuro, lecz spojrzenie piwnych oczu, uważne i nieodgadnione, powstrzymało go przed dalszą wypowiedzią. Mężczyzna pokręcił jedynie głową, wycofując się i siadając na kanapie, jakby przestało mu na czymkolwiek zależeć.
- Słuchaj, Klayton… A może raczej Scott. Autrey na pewno nadal jest poszukiwany przez najbardziej wtajemniczonych członków Edenu. Jeśli was dopadną, możecie zagrozić nie tylko sobie, ale i nam wszystkim. A jak te bydlaki zaczną majstrować przy podróżach w czasie, będziemy mieli przesrane.
- Jak na czasy, w których żyjesz, wydajesz się bardzo bojaźliwy – zakpił Klayton, krzyżując ręce na klatce piersiowej i stając w lekkim rozkroku. Uważnie wpatrywał się w oczy rozmówcy, choć musiał przy tym odrobinę zadrzeć głowę. – Co może być gorszego od mieszkania w ruinach, przypatrywania się, jak gdzieś za murem bogacze robią co chcą i życia ze świadomością, że musicie tu być, bo nigdzie indziej się po prostu nie da?
- Każdy z nas jest wyjęty spod prawa. Póki nie stanowimy realnego zagrożenia, władze mają nas gdzieś, jedynie od czasu do czasu wysyłają patrole. Jeśli mogliby przenieść się w czasie, nikogo by tu nie było. Nie daliby nam uciec. Gdyby ktoś zdradził, po prostu cofaliby się o kilka dni i nas eliminowali. Co gorsze, być może zechcieliby ingerować w przeszłość. Co byś zrobił, gdyby wróciliby do twoich czasów i narobili tam takiego gówna, że dzisiaj po ludzkości nie byłoby śladu?
- Nikt, kto zrozumiałby mój wynalazek, nie byłby na tyle głupi, żeby robić coś takiego.
- Bret – powiedział Klayton, zaskoczony nagłym wtrąceniem się przyjaciela do rozmowy. Nawet nie zauważył, kiedy mężczyzna pojawił się w pomieszczeniu.
- Z czasem nie można igrać jak tylko się chce. Nawet to, że stoicie tu teraz i się kłócicie, może mieć negatywny wpływ na kontinuum czasowe. Każdy, kto się tym para, zna podstawowe zagrożenia…
- Idziemy, czy będziesz dalej tu stał i zagrażał wszechświatowi? – zapytał Klayton, wywracając oczami i spoglądając na Breta z politowaniem. – Czy tobie kiedyś zamyka się gęba?
- Tylko dzięki tobie – mruknął, po czym zarzucił rękę na szyję Klaytona i podskoczył. Mężczyzna instynktownie go złapał, za co został obdarowany zamaszystym, pełnym pasji pocałunkiem w skroń. – Dalej, ku przygodzie! – krzyknął, wskazując palcem na drzwi i wierzgając nogami.
- A nie chciałeś tu kogoś poznać?
- Nah, nie mają ze mną szans. Niepotrzebnie się martwiłem.
- Zaraz, nie może pan tak po prostu odejść! – zaprotestował Yakuro, który od kilku minut im się przyglądał. – Co to ma w ogóle być?!
- Daj spokój, to wariaci. Niech sobie idą na wycieczkę krajoznawczą jak tak bardzo chcą – prychnął Mike. Początkowo liczył na to, że porozmawiają, wyjaśnią sobie kilka rzeczy, które nie dawały mu spokoju, ale teraz wszystko to wyparowało. Zamiast wspaniałego podróżnika w czasie dostał naburmuszonego gbura, a założyciel Edenu, genialny buntownik i szansa dla tych czasów, okazał się facetem o różowych włosach i bez piątej klepki. I jak tu nie mieć wszystkiego gdzieś?
- Nie po to naprawiłem mu komunikator! Nie tak miało być! On założył Eden, kurwa jego mać!
- Że kto? Ja? – zapytał Bret, wskazując na siebie i robiąc zdziwioną minę. – Nie przypominam sobie.
- Bo ty ogólnie niewiele pamiętasz.
- Och, zamknij się, Scott – szepnął, głaszcząc go po policzku i zeskakując na podłogę. – Chyba jednak utnę sobie krótką pogawędkę z tym uroczym młodzieńcem. Chłopcy, idźcie pobawić się w innej piaskownicy. Tylko macie być grzeczni. – Ostatnie słowa skierował do Klaytona, mrugając do niego porozumiewawczo.
- Nie no, pewnie. Nie ma problemu. W ogóle – zaperzył się Mike, lecz zanim zdążył dać upust negatywnym emocjom, które wręcz w nim wrzały, został wyciągnięty z pomieszczenia. Chciał wrzasnąć, lecz silna dłoń Klaytona zakryła mu usta, nie pozwalając na to.
- Spokój – warknął, z niepokojem zerkając na boki. Wokół nich zaczęło robić się tłoczno, ludzie przystawali tylko po to, by przyglądać się im, w razie czego pomóc.
- W porządku – uspokoił ich Mike, odtrącając od siebie mężczyznę. – No już, to nie przedstawienie.
Wszyscy jakby wybudzili się z transu i, kiwając głowami, wrócili do swoich zajęć. Niektórzy niepewnie oglądali się za siebie, jakby nie do końca wierząc w zapewnienie ich lidera.
- Naprawdę chcecie iść do Elysium? – zapytał, łapiąc Klaytona za ramię i przyciągając do siebie, by tylko on mógł go usłyszeć.
- Może. Prawda jest taka, że chcę pomóc Bretowi. Jeśli to przywróci mu wspomnienia…
- Przecież to cholernie ryzykowne!
- Słuchaj, on jest geniuszem. Nie raz widziałem, do czego jest zdolny. Od miesięcy majstruje w moim domu, kilka razy zdarzyło mu się wywołać awarię na pół miasta, ale tylko dzięki niemu nadal nikt nie wie, co wyprawiamy. Jest dobrym kłamcą i manipulatorem, a w sytuacjach zagrożenia potrafi się obronić czy uciec. Nikt nas nie złapie.
- Najchętniej bym was obu zabił – powiedział, zaciskając zęby. Widać było wyraźnie, jak jego szczęka drży, jakby lada chwila miała pęknąć.
- Chodź z nami jak tak bardzo się martwisz.
- Jeszcze czego! – prychnął, kręcąc głową. – Jak potrzebujesz niańki, to weź Yakuro. Założę się, że twojego walniętego towarzysza najchętniej by wycałował po nogach za samą propozycję.
- Zazdrościsz? – zapytał zadziornie, chcąc go sprowokować.
- Nie chcę nic mówić, ale to twój mężczyzna siedzi w pokoju z innym.
- Nie chcę nic mówić, ale siedzi tam z twoim mężczyzną.
- Zwykła rozmowa, ot co.
- Tego to nie byłbym taki pewny – powiedział, naciskając klamkę i otwierając drzwi na oścież. Mike instynktownie spojrzał do środka, a napotykając przerażone spojrzenie Yakuro wszedł do środka i zajął miejsce obok niego, uprzednio zmuszając Breta, by odsunął się i zabrał rękę z ramienia chłopaka.
- Scooott, pamiętam! – wykrzyknął, siadając na oparciu kanapy. Odchylił się tak, by móc widzieć swojego towarzysza i obdarzyć go szerokim uśmiechem. – To było takie proste. Wystarczyło kilka słów kluczy, żeby to odblokować. Genialnie!
- Co zamierzasz?
- Odwiedzę Elysium i wracamy do ciebie.
- Myślałem, że będziesz chciał tu zostać.
- Nie mogę. Dopiero teraz to zrozumiałem. Przeniosłem się do innych czasów nie tylko dlatego, żeby uciec od Edenu. Musiałem jak najbardziej zminimalizować prawdopodobieństwo znalezienia mnie i zmuszenia do dalszej współpracy. Zresztą, później wszystko ci wyjaśnię. Teraz chodźmy.
- Ale…
- Klayton – mruknął, łapiąc go za ramię. Przesłał mu przelotne spojrzenie, które wręcz krzyczało, by jak najszybciej się stąd wynieśli.
- Tylko nie dajcie się złapać – powiedział Mike, do tej pory dziwnie cichy i spokojny.
- Chłopcze, nawet nie wiesz jak wiele mógłbyś się ode mnie nauczyć o uciekaniu – zaśmiał się Bret i wyszedł, ciągnąc za sobą Klaytona. Gdy tylko zatrzasnęły się za nimi drzwi, jego mina z głupkowatej zmieniła się na poważną i skupioną, a uśmiech zastąpił niezadowolonym grymasem. Zaczął biec, nie puszczając dłoni towarzysza i niemal boleśnie zaciskając na niej swoje palce.
- Co się dzieje? – zapytał, gdy znaleźli się na zewnątrz, z dala od wścibskich spojrzeń.
- Co ja narobiłem? – jęknął, pocierając twarz. – Scott, stworzyłem coś, co nigdy nie powinno powstać. A oni nadal to mają…
- Bret, o co chodzi? Nic nie rozumiem.
- Wiesz już o tym, że jestem jednym z założycieli Edenu. Teoretycznie celem tego projektu jest poszukiwanie nowych rozwiązań, które pomogą ludziom w rozwoju, codziennym życiu, usprawnią funkcjonowanie metropolii… W teorii wygląda to pięknie i szlachetnie. Prawda jest inna, straszna…
- Powiedz to w końcu.
- Stworzyliśmy komputer, którego centrum jest ludzki mózg – szepnął, odwracając głowę. – Hodowaliśmy ludzi w probówkach, a jak dojrzewali, po prostu podpinaliśmy ich do całej aparatury. Elysium funkcjonuje tylko dzięki temu komputerowi. Ogromne centrum dowodzenia zastąpiono tylko tym jednym urządzeniem.
Klayton przez chwilę rozmyślał, próbując zrozumieć każdy aspekt usłyszanej historii. Jedynie jedna rzecz nie dawała mu spokoju.
- Dlaczego uciekłeś?
- Czy to nie oczywiste? Zdałem sobie sprawę, że przekroczyliśmy granicę, gdy zobaczyłem stosy ciał wrzucane do kontenera, które następnie utylizowano. Musieliśmy podpinać nowego człowieka co dwa, góra trzy tygodnie. Zatraciliśmy się w tym tak bardzo… Ludzie zaczęli być dla nas mięsem, na którym można eksperymentować. Nie chciałem tego dłużej robić.
- Całkiem szlachetnie – zaśmiał się, spoglądając na Breta i kładąc mu dłoń na ramieniu. – Słuchaj, jeśli mam być całkowicie szczery…
- Szczery – tak. Byle nie okrutny – wtrącił, rozglądając się i badając rękami najbliższą ścianę, która dumnie wznosiła się na wyniszczonej wojną ziemi.
- Porządny z ciebie facet.
- Scott, błagam cię. Twoja wylewność mnie zabije – ironizował, odłupując kawałek cegły i chowając go do kieszeni. – Naprawdę, w takim momencie mógłbyś bardziej się wysilić.
Klayton westchnął, robiąc niezadowoloną minę i podchodząc do Breta. Chciał coś dodać, ale jak na złość w jego głowie panowała pustka. Potrafił być wygadany jeśli tego chciał, ale najwyraźniej obecna sytuacja przerosła nawet jego. Nie chcąc dłużej się kompromitować, położył dłoń na karku naukowca i złączył ich czoła, a widząc złośliwy uśmiech na ustach tamtego, po prostu go pocałował. Poczuł lekki posmak pasty do zębów i pyłu, który otaczał ich z każdej strony, niesiony przez wiatr. Brakowało mu bliskości Breta. Tyle razy zdążył pomyśleć, że utknie w tych czasach i więcej się nie zobaczą…
- Ktoś się chyba stęsknił – mruknął Autrey, klepiąc go w pośladek. – Nie martw się, poprawię ci humor jak wrócimy do domu.
- Nie obiecuj zbyt wiele, bo jak zwykle się przeliczę – odparł, zmierzając w stronę wejścia do miasta.
Im bliżej Elysium się znajdowali, tym rdzawy zapach metalu stawał się silniejszy. Głuchą ciszę zastąpił dźwięk pojazdów, na razie stłumiony i cichy, zaś niebo wyraźnie się rozjaśniało od bijącej z metropolii łuny.
- Rozumiem, że tamtędy się wydostałeś? – zapytał Bret, wskazując na wysoką, ciężką bramę.
- Wtedy ją zamknęli, a kłódka wydawała się być pod napięciem. I chyba nadal jest – powiedział, wytężając słuch. Znajome buczenie było o wiele delikatniejsze i słabsze niż ostatnio, jednak w dalszym ciągu nie wróżyło niczego dobrego.
- Nadal ich używają? – zdziwił się, podchodząc do bramy i uważnie lustrując urządzenie. Pewnie chwycił je w dłoń, przez co jego włosy stanęły dęba, zaś jego ciało zaczęły trawić konwulsje.
- Bret, cholera jasna! – krzyknął Klayton. Chciał odepchnąć go do bramy za pomocą nóg, na których miał buty o nieprzewodzących prądu podeszwach, lecz powstrzymał go głośny śmiech mężczyzny.
- Żartowałem – zachichotał, pokazując trzymaną w ręce kłódkę.
- Bret, ty sukinsynu – mruknął, cudem powstrzymując się przed dokopaniem mu tu i teraz. Zamiast tego otworzył jedno ze skrzydeł bramy i, nie czekając na towarzysza, zaczął iść w stronę miasta.
- Scott, skarbie, zaczekaj! – zawołał, podbiegając do niego i zarzucając mu rękę na ramię. – No przepraaaszam, nie mogłem się powstrzymać.
- Nic nowego – prychnął, odtrącając go i chowając dłonie do kieszeni kurtki. – Dokąd idziemy?
- Dokąd nas nogi poniosą.
- Choć raz mógłbyś zabłysnąć jakimś planem.
- Improwizacja i przypadek, w to wierzę. Plany są dla nudziarzy.
Klayton jedynie wywrócił oczami i skręcił w lewo, gdzie z wysokich stalowych budynków raziły w oczy światła neonów, kontrastujących z wszechobecną szarością i czernią. Mijający ich ludzie spoglądali na nich przelotnie, po czym kontynuowali uparte wgapianie się w chodnik. Od czasu do czasu po ulicy przejeżdżał samochód, choć większy ruch panował wysoko w powietrzu, gdzie kursowały szklane wagoniki bądź auta bardzo podobne do tych naziemnych. Miasto wydawało się zupełnie inne niż dnia, gdy Klayton tu przybył, jakby wybudzono je ze snu.
- Nic się tu nie zmieniło – westchnął Bret, zadzierając do góry głowę i podziwiając otoczenie. Czuł swego rodzaju sentyment do tego miejsca. To tu się urodził i wychował, stworzył swój pierwszy projekt, nauczył się jak budować maszyny i programować roboty, by były bezgranicznie posłuszne. I choć nienawidził tego miasta za mrok, jaki w sobie skrywało, to kochał Elysium z dziecięcych lat. Gdyby tylko mógł naprawić swój błąd…
- Nie chciałeś nigdy cofnąć się w czasie, żeby nie doprowadzić do powstania Edenu? – zapytał Klayton, zarzucając na głowę kaptur, chcąc ukryć się przed wścibskimi spojrzeniami.
- Nawet teraz o tym myślę. To byłoby takie proste… Wystarczy wpisać datę i miejsce, żeby wszystko zmienić.
- To czemu tego nie zrobisz?
- Żeby nie zmieniać historii, głuptasie. Zapomniałeś już, czego cię uczyłem? Każde wydarzenie jest kostką domina. Jeśli ruszysz jedną, nawet pozornie niepotrzebną, spowodujesz lawinę. A lawiny są złe.
- Co mogłoby być gorsze od tego? – mruknął, nie oczekując odpowiedzi.
- Stworzyłem Eden. Zainspirowałem złych ludzi, których ambicje przerodziły się w patologiczne dążenie do celu. Wierzę jednak, że kiedyś pojawi się człowiek zdolny do zaprowadzenia zmian i zamknięcia tej ścieżki zepsucia raz na zawsze. Żałuję jedynie, że nie będę to ja.
- Okropnie filozofujesz odkąd odzyskałeś pamięć.
- To aż takie złe?
- Inne – powiedział, zerkając na niego ukradkiem. – Muszę się przyzwyczaić do tej poważnej wersji ciebie.
- Ależ nie musisz. Jutro znowu będę tym samym beztroskim i szalonym Bretem, którego tak bardzo kochasz.
- Z tym kochaniem to bym nie przesadzał…
- Paskuda z ciebie – jęknął, trącając go w ramię. Nagle zdał sobie sprawę, że na chodniku nie ma praktycznie nikogo, a pojedynczy przechodnie szybko się oddalają, niektórzy nawet zawracali, byleby nie iść tam, gdzie zmierzali Bret i Klayton. – Coś tu nie gra.
- Od jakichś dwóch minut. Musimy się pilnować.
- Myślisz, że mogli wszczepić ci ostatnim razem jakiś nadajnik?
- A skąd mam wiedzieć? Ścigały mnie jakieś mordercze roboty strzelające laserami, ale czy mi coś wszczepiły…?
- Nieważne, spadajmy stąd. Mam już to, czego chciałem, nie musimy dalej ryzykować.
- Jak chcesz – mruknął, pociągając go w boczną uliczkę.
W czasie, gdy Bret ustawiał odpowiednią datę i miejsce w komunikatorze, Klayton obserwował otoczenie, wypatrując wroga. Na ulicy panował spokój, było cicho i spokojnie, a to nie mogło skończyć się dobrze. Nie tym razem.
- Chodź, skalibruję twój komunikator i wracamy do domu – powiedział, zbliżając swoje urządzenie do jego i pozwalając, by automatycznie przechwyciło dane. Nacisnął przycisk przeniesienia w chwili, gdy Scott odwrócił się i wykonał gwałtowny ruch, jakby chciał skoczyć przed Breta i zasłonić go.
Sekundę później obaj mężczyźni stali w zagraconym salonie pachnącym herbatą, smarem i chipsami. Autrey już miał rzucić jakiś komentarz, lecz czując na ramieniu silny uścisk Klaytona od razu skierował na niego całą swoją uwagę.
- Scott, co jest? – zapytał, widząc, jak mężczyzna przechyla się w jego stronę i niemal się na nim uwiesza. Dopiero teraz zauważył, że drugą dłoń przykłada do boku, z którego sączyła się krew. Złapał go w talii i poprowadził do kanapy, na której go położył. – Poczekaj, zaraz przyniosę apteczkę – powiedział drżącym głosem i pognał do kuchni. Z szafki wyciągnął sfatygowaną skrzyneczkę ozdobioną różnymi naklejkami i napisami. Wrócił z nią do salonu i uklęknął przy sofie, próbując uchylić wieko trzęsącymi się rękami.
- Umrę w tym tempie – stwierdził Klayton. – Uspokój się, to tylko draśnięcie. Załóż mi opatrunek i będzie po sprawie.
- Scott, widać ci żebro – jęknął. – Musimy jechać do szpitala.
- Beznadziejny jesteś – westchnął i z trudem usiadł. Odebrał od Breta apteczkę i wygrzebał z niej specjalną masę, którą zatkał ranę. Syknął przy tym i zacisnął zęby, gdyż kontakt gorącego, wypalonego mięsa z medykamentem zabolał, i to cholernie mocno. – Zaszyj mi to i będzie po sprawie.
- Oberwałeś laserem. To może się nie udać.
- Bret! Spójrz na mnie – zażądał, siląc się na władczy i opanowany ton. – Masa zatrzymała krwawienie i zapewni stopniową odbudowę tkanki. Nie z takimi rzeczami sobie radziła. Weź się w garść, złap igłę i zszyj mi tę cholerną dziurę, bo zaraz oszaleję!
Po tych słowach Autrey odetchnął głęboko, jednocześnie szukając odpowiednich przyrządów. Niepewnie przyłożył małe ostrze do skóry Klaytona i, nie czekając na dalsze zachęty, zaczął łączyć ze sobą skórę po obu stronach rany. Mniej więcej w połowie zabiegu poczuł dłoń mężczyzny zsuwającą się z jego głowy na ramię. Niepewnie spojrzał na Scotta, a widząc jego zaciśnięte zęby i powieki, coś w środku kazało mu przestać, by nie sprawiać mu więcej cierpienia. Mimo tego kontynuował, starał się to jednak robić delikatniej.
- Już po wszystkim – oznajmił, zakładając na koniec nici specjalny klips. Szew zakrył opatrunkiem nasączonym substancją przeciwbólową i zapobiegającą zakażeniom, po czym usiadł obok Klaytona i pocałował go w czoło, czule przytulając go do siebie. – Co się tam stało?
- Znowu te roboty – mruknął, wygodnie opierając się o Breta i pozwalając mu się obejmować. – Celowały w ciebie.
- Stałem dalej niż ty. Gdybyś się nie ruszył, pocisk nie trafiłby żadnego z nas.
- Wolałem nie ryzykować – powiedział, a w jego głosie dało się usłyszeć nutę rozbawienia. –  Chyba mnie nie lubią w twoich czasach. Ciągle obrywałem.
- Dlatego nigdy tam nie wrócimy. W ogóle nie będziemy już podróżować w czasie.
- Trochę szkoda – szepnął, powoli zapadając w sen – ale jeśli zostaniesz tu ze mną, to nie mam nic przeciwko.
- Pewnie, że zostanę – odparł, składając kolejny pocałunek, tym razem na jego ustach.
Nim zdążył dodać coś jeszcze, usłyszał miarowy, nieco chrapliwy oddech Klaytona. Uśmiechnął się, przeczesując palcami jego włosy i ciesząc się, że dane mu będzie spędzać wygnanie właśnie z tym człowiekiem.




No i kolejny punkt za nami. Mam wrażenie, że jakoś opornie mi to idzie, no ale jak się robi sto rzeczy na raz, to później wychodzą takie opóźnienia.
Przyznam szczerze, że ten one-shot jest małą próbą przed zaczęciem pisania dłuższego tworu (w zamyśle książki), którego akcja dziać się będzie w opisanym przeze mnie świecie, konkretnie w Elysium z 2517 roku. I nawet jestem zadowolona z tego rozdziału, a to wielki sukces! Może coś z tego będzie.
A teraz pozwólcie, że znowu zniknę na jakieś dwa tygodnie.
Do następnej notki, Towarzysze!