Menu

piątek, 9 lutego 2018

Chłopak ze slumsów

Tym razem postacie wymyślone są przeze mnie. Tak, jak głosi drugi punkt wyzwania, miał się tu pojawić głód. No i jest, a do czego doprowadzi...? Dowiedzcie się sami :)


Arthur szedł zatłoczoną ulicą, rozglądając się uważnie i podziwiając otaczające go zewsząd stragany. Wyraźnie odznaczał się na tle tubylców o czarnych włosach, śniadych twarzach i w kolorowych, wzorzystych strojach. Sam był blondynem, a jego skóra uparła się, by przy mocniejszym słońcu spalić się jak najmocniej i przybrać wściekle czerwoną barwę. Nie pomagał nawet krem z filtrem. To jednak nie przeszkodziło mężczyźnie cieszyć się z wymarzonego urlopu w Indiach. Od dawna na to czekał, i nic nie mogło zepsuć mu zabawy.
Podziwiając ogromne piramidy usypane z przypraw, nie mógł się oprzeć i wyciągnął aparat, by zrobić kilka zdjęć. Czuł się przy tym odrobinę dziwnie, gdyż dawno już porzucił tę czysto turystyczną część Delhi i zagłębił się w rejony bardziej „dzikie”, naturalne, pełne zwykłych ludzi nieprzyzwyczajonych do turystów. Uśmiechnął się do sprzedawczyni, widząc jej zaciekawione, nieco drwiące spojrzenie, i szybko zniknął w tłumie. Wokół niego co chwilę przebiegały dzieci, bawiąc się i szturchając go przez przypadek. Gdy któreś z nich zobaczyło jego jasne włosy, pokazywały go palcami i śmiały się donośnie, zachwycone niesamowitym odkryciem.
Arthur już dawno nie czuł się tak wolny i szczęśliwy. Nawet zobaczenie Bramy Indii, Świątyni Lotosu czy Grobowca Humajuna nie dało mu tego zapierającego dech w piersiach uczucia, którym obdarowało go spojrzenie na mrowie domków, w jego mniemaniu podchodzących pod slumsy. Zetknięcie się z odmienną kulturą, brak opadów deszczu, dwadzieścia stopni od rana do wieczora… To wszystko było wspaniałe, tak inne od ponurej, szarej i ciągle płaczącej Anglii. Jakby trafił na całkiem inną planetę.
Czując szarpnięcie za plecak, otrząsnął się z rozmyślań i spróbował zlokalizować źródło zagrożenia. Rozejrzał się gorączkowo, jednocześnie sprawdzając dłonią swój bagaż. Był na swoim miejscu, ale tylko dlatego, że pełno miał zabezpieczeń, dodatkowych zapięć i pasek zapinany na klatce piersiowej. Odetchnąwszy, w końcu dostrzegł niedoszłego złodzieja. Był to młody chłopak, wychudzony i przestraszony. Miał na sobie jedynie szorty i kamizelkę, brudne i poprzecierane w wielu miejscach, a upadek na ziemię wcale nie poprawił ich stanu. Arthur kucnął przed nim, spoglądając na niego łagodnie i przekazując mową ciała, że nie ma złych zamiarów.
- Wszystko w porządku? – zapytał, choć zaraz skarcił się w myślach za swoją naiwność. Dzieciak z pewnością pochodził ze slumsów, nie było opcji, żeby znał angielski. – Rozumiesz mnie?
- T-tak – wyjąkał, nieśmiało spuszczając głowę i kuląc się ze strachu.
- Och, no dobra – mruknął, zaskoczony. – To… Co chciałeś przed chwilą zrobić?
- Nic! Naprawdę! Proszę mi uwierzyć! – zapewnił, kręcąc głową. Mimo ciężkiego akcentu, Arthur nie miał żadnego problemu ze zrozumieniem go. Widać było, że chłopak sporo umie i jest o wiele bardziej inteligentny, niż wygląda.
- Potrzebujesz pieniędzy?
- Nie! Ja tylko… Przewróciłem się! Nie chciałem na pana wpaść!
- Wyraźnie poczułem, że szarpnąłeś za mój plecak. Nie chcę cię za to ukarać ani nic z tych rzeczy. Po prostu powiedz, jeśli potrzebujesz pomocy.
Mówiąc to, Arthur miał przed oczami wszystkie te zdjęcia i artykuły o sierotach wychowanych na ulicy, jedzących odpadki lub to, co zdołają ukraść. Zawsze było mu żal takich ludzi, tym bardziej, jeśli były to niewinne dzieci. Sam dorastał w dostatku, więc nie wiedział co to znaczy ledwo wiązać koniec z końcem, był jednak na tyle empatyczny, że nieszczęście innych poruszało go do głębi. Tak było i tym razem.
Słysząc głośne burczenie brzucha, od razu domyślił się, co pchnęło chłopaka do kradzieży. Uśmiechnął się łagodnie, podnosząc się i wyciągając rękę.
- Chodź, zapraszam cię na obiad.
* * *
Arthur wybudził się ze snu, cicho wzdychając. Znowu przyśniły mu się Indie, przywołując przyjemne wspomnienia. Przetarł oczy, siadając i opierając się o wezgłowie łóżka. Ziewnął przeciągle, kierując głowę w stronę mdłego światła bijącego z okna.
Londyn potrafił być tak beznadziejnie nijaki. Podróże i ciekawość świata tylko potęgowały to uczucie. Wystarczyło spojrzeć z innej perspektywy, by wszystko, co dotąd wydawało się wspaniałe, straciło całą swoją niezwykłość. Za dziecka Arthur uważał swoje rodzinne miasto za cudowną wyspę pełną zagadek i skarbów czekających na odkrycie. Dziś przygód pragnął już tylko tysiące kilometrów od Anglii.
Wstał z łóżka i zaścielił je starannie, po czym przeciągnął się kilka razy i poszedł do kuchni. Przygotowując śniadanie, znowu odpłynął myślami do egzotycznych krajów.
* * *
- Chodź, zapraszam cię na obiad.
Chłopak zamarł, zadziwiony tą propozycją. W pierwszej chwili chciał ją przyjąć, lecz zaraz się za to skarcił. Dzieciaki z ulicy tak nie robią. Lata z dala od slumsów zatarły jego instynkt, wiele musiał sobie przypomnieć. Pokręcił głową, gramoląc się z ziemi. Zastanawiał się, co powinien zrobić. Do głowy przyszło mu tylko jedno. Uciekać.
Zrobił kilka kroków w tył, uważnie obserwując tego dziwacznego mężczyznę. Gdyby tylko spróbował złapać go czy zrobić mu krzywdę, zauważyłby to i mógłby w porę zareagować.
- Nie uciekaj – poprosił, podnosząc ręce i trzymając je nieruchomo, dając w ten sposób znak, że nie ma złych zamiarów. – Chcę ci tylko pomóc.
- Nikt nie pomaga tak po prostu – powiedział, mocno zaciskając pięści. – A już na pewno nie tacy jak ty.
- Tacy jak ja? – zapytał, nie bardzo wiedząc, o co chodzi chłopakowi.
- Turyści. Bogacze, którzy myślą, że wszystko im wolno. W takich dzielnicach nie przepada się za wami.
- Gdybyś naprawdę za mną nie przepadał, skończyłbym z obitą twarzą i bez plecaka – zauważył. Od kiedy tylko spojrzał w te piwne, przerażone i pełne desperacji oczy wiedział, że taki dzieciak nie może być zły, tym bardziej, że sprawiał wrażenie zagubionego, jakby nie potrafił się tu odnaleźć. – Jeśli tak bardzo mi nie ufasz, po prostu chodź za mną. Kupię ci trochę jedzenia z pobliskich straganów. Przecież nie możesz chodzić głodny!
- Rano ukradłem kilka owoców, wystarczy mi.
- Jasne, było to słychać. Po prostu schowaj dumę do kieszeni i chodź. Skoro kradniesz, przyjęcie pomocy od turysty też jakoś przeżyjesz.
Nie czekając na odpowiedź, Arthur odwrócił się i zaczął powoli kierować się w stronę targu. Mimo ciekawości, nie odwrócił się ani razu. Dopiero gdy dotarł do jednego z kramów i kupił w nim kilka bułeczek nadzianych mieszanką warzyw i ryżu, spojrzał za siebie. Zobaczywszy chłopaka, który nieśmiało na niego spogląda, uśmiechnął się i podszedł do niego.
- Masz, na razie powinno wystarczyć – powiedział, podając mu zakupione jedzenie.
* * *
Pijąc mocną, słodką kawę, Arthur miał wrażenie, że znowu jest w podróży. Gdyby nie ledwo słyszalny szum prysznica, pewnie odleciałby całkowicie i po śniadaniu wybrał się na spacer, licząc na jakąkolwiek przygodę.
Czuł się dziwnie, że może cały dzień spędzić w domu, jednak po to wziął wolne. Taka była umowa. Poprosi o tydzień urlopu, odpocznie, zregeneruje siły, a przede wszystkim skupi się na swoim partnerze. Czuł, że ostatnimi czasy zaniedbał go, choć Nadish zapewniał, że tak nie było. I nawet jeśli miał rację, Arthur i tak miał zamiar trzymać się planu i rozpieszczać ukochanego tak długo, dopóki ten nie rozpłynie się z rozkoszy. Należało mu się to za wszystko, co zdążył wycierpieć.
* * *
- Masz, na razie powinno wystarczyć.
- Tydzień bym na tym wyżył.
- Na szczęście nie będziesz musiał. Możesz zjeść to wszystko teraz.
- Ale ja naprawdę nie powinienem – jęknął, choć tęskny wzrok i ciągłe oblizywanie warg nie dodawało mu autentyczności. W końcu chłopak przełamał się i wziął od Arthura jedną bułkę, zjadając ją kilkoma łapczywymi kęsami.
- Spokojnie, nie tak szybko. Jedz powoli, i dokładnie wszystko przeżuwaj.
- Przepraszam, dawno nie jadłem czegoś tak dobrego – przyznał, drżąc i ukradkiem ocierając napływające do oczu łzy.
- Więc czas to nadrobić. Na co masz jeszcze ochotę?
- Nie, to i tak za dużo. Poza tym ja… chciałem pana okraść. Dlaczego jest pan dla mnie taki dobry?
- Zawsze miałem to, czego chciałem. Jako dziecko żyłem w idealnym świecie, myślałem, że wszyscy są szczęśliwi jak ja. Później okazało się, że świat nie jest tak kolorowy, jak myślałem, więc gdy dorosłem, starałem się pomagać biednym, wspierałem akcje charytatywne, byłem wolontariuszem w różnych placówkach pomagających bezdomnych i ubogich. Nie potrafię przejść obojętnie obok nieszczęścia drugiego człowieka.
- Typowy panicz, który myśli, że rzucenie kilkoma dolarami wszystko naprawi – burknął, niepewnie sięgając po kolejną bułkę. Po zjedzeniu poprzedniej głód tylko się wzmógł, a opory nieco stopniały.
- Coś w tym jest, ale dzisiaj widzę, że naprawdę mogę coś zrobić. I że to działa.
- Jasne, rozkoszuj się dalej pięknymi widokami ze swojej bańki. Ja poudaję, że biały człowiek taki dobry, nakarmił potrzebującego – sarknął, choć coraz mniej w jego słowach było niechęci do Arthura, a coraz więcej rozgoryczenia światem i życiem, na jakie po raz drugi został skazany. Zaczął iść w stronę chodnika, na którym było trochę wolnego miejsca skrytego w cieniu jednego z wielu stojących tu domów. Doszedłszy, usiadł po turecku i oparł się o ścianę. Arthur poszedł w jego ślady, choć wbiła mu się przy tym zawartość plecaka, którego wolał nie ściągać z pleców.
- Dlaczego tu jesteś? Znasz angielski, i to zaskakująco dobrze, wydajesz się być wyedukowany na co najmniej podstawowym poziomie. Jakoś mi tu nie pasujesz.
- Po prostu przestałem mieć szczęście. Zresztą, nie twoja sprawa.
- Nie moja, fakt – przyznał – ale jeśli chcę ci pomóc, przydałoby mi się o tobie kilka informacji.
W odpowiedzi chłopak tylko parsknął, i zajął się jedzeniem. Arthur odebrał to jako zły znak i zaczął zastanawiać się, co powinien teraz zrobić. Rozum podpowiadał, by dał nieznajomemu kilka dolarów i zostawił go w spokoju, lecz serce jak zwykle pragnęło postąpić wszystkim na przekór. A gdybym tak zabrał go do Londynu?, pomyślał, choć zaraz przyszła świadomość, jak absurdalny jest to pomysł. Chłopak zapewne nie miał paszportu, minęłoby sporo czasu, zanim udałoby się mu go zorganizować. Co prawda mógłby całą akcję przeprowadzić w Anglii, ale wątpił, że jego pomoc zostałaby wtedy przyjęta. Jeśli tylko opuści Indie, pewne będzie, że więcej tego biedaka nie zobaczy. A do tego z jakiegoś powodu nie chciał dopuścić.
- Zostanę tu jeszcze tydzień. W tym czasie możesz zmienić swoje życie, albo dalej biegać po ulicy i liczyć, że za którymś razem uda ci się kogoś okraść. Wybór należy do ciebie.
* * *
Słysząc zbliżające się kroki, Arthur otrząsnął się ze wspomnień. Odstawił pustą filiżankę do zlewu i oparł się o blat, czekając, aż w kuchni pojawi się Nadish.
Długo nie musiał czekać. Chwilę później do pomieszczenia wszedł wysoki mężczyzna, owinięty w pasie bawełnianym ręcznikiem, palcami rozgarniając długie, sięgające łopatek włosy. Jego nagi tors o zarysowanych mięśniach sprawiał wrażenie lekko wilgotnego, choć równie dobrze mogło to być spowodowane światłem igrającym z jego czekoladową skórą.
Zmienił się przez ostatnie sześć lat. Z wystraszonego, wygłodzonego i nieufnego siedemnastolatka wyrósł mężczyzna łaknący wiedzy oraz nowych doświadczeń, spragniony świata i tak bardzo podobny do Arthura, że ten nie raz zaczynał wierzyć w bratnie dusze.
- Wychodzisz gdzieś? – zapytał Arthur, niby od niechcenia.
- Nie, chciałem się po prostu odświeżyć. Coś nie tak? Blado wyglądasz.
- To chyba nic nowego – zaśmiał się, odpychając się od szafki i podchodząc do Nadisha. Zaczesał mu ciemny kosmyk za ucho i uśmiechnął się, drapiąc go delikatnie po szyi. – Wiesz? Cieszę się, że próbowałeś mnie okraść te sześć lat temu.
- A ja się cieszę, że mi wtedy pomogłeś – szepnął, przyciągając go do siebie i leniwie całując w usta.
* * *
„Wybór należy do ciebie”. Te słowa dudniły w głowie chłopaka niczym najsłodsza, a zarazem zabójcza propozycja. Ostatnimi czasy miał aż za dużo wyborów, powoli przestawało mu się to podobać. Tak jakby faktycznie mógł wpłynąć na własne życie.
Gdy był małym, siedmioletnim chłopcem, świat wydawał mu się zwykłą grą, której jest bohaterem. Biegał z innymi dzieciakami po slumsach, czasem zwędzili coś do jedzenia, ale było mu dobrze. Czuł się wolny, niezależny, a przede wszystkim szczęśliwy. Należał do najfajniejszej bandy w okolicy, przyjaźnił się z wieloma odważnymi i silnymi chłopakami, którzy troszczyli się o niego niczym starsi bracia, a jak było trzeba, to sam zajmował się młodszymi kolegami. Co z tego, że zdarzało im się głodować albo czasem oberwali od jakiegoś sprzedawcy? Jedyne, co się wtedy liczyło, to świadomość, że ten świat nie jest przepełniony fałszem i wszystko jest prawdziwe. Bogaci dorośli pozostawali poza ich zasięgiem, dzięki czemu nie mogli zatruć ich małego, prywatnego wszechświata.
- Nie chcę więcej pomocy. To i tak skończy się źle, jak zawsze - wyszeptał, spoglądając smutnym wzrokiem na turystę.
- Co takiego cię spotkało, że boisz się mi zaufać?
- Nie ważne. Nie chcę o tym mówić.
- Gdybym wiedział, łatwiej byłoby mi pomóc. Poza tym ulży ci, jeśli się komuś wygadasz.
- Naprawdę chce ci się słuchać dzieciaka, którego dopiero co poznałeś?
- Naprawdę – zapewnił, patrząc mu w oczy i łagodnie się uśmiechając. Spróbował wygodniej się usadowić, dając tym znak, że jest gotowy go wysłuchać do samego końca. Widząc, jak chłopak ciężko wzdycha i drapie się po karku, wiedział, że zastanawia się, od czego zacząć.
- Od razu uprzedzam, że nie jestem dobry w opowiadaniu historii - zastrzegł, krzyżując nogi i skubiąc kamyczki leżące na chodniku.
- To nic. Po prostu powiedz to, co leży ci na sercu – poprosił Arthur, klepiąc go po ramieniu.
- No to… Urodziłem się w slumsach i w nich dorastałem. Na początku opiekowała się mną jakaś stara kobieta, a jak umarła, dołączyłem do grupy dzieci takich jak ja. Było… fajnie, do dziś ich wszystkich pamiętam, chociaż nie tak wyraźnie jak kiedyś.
- Odszedłeś od nich?
- Przygarnięto mnie. Najpierw bawiłem się z Tamalem, przychodził do nas czasami. Był z bogatej rodziny, ale o tym nie wiedzieliśmy. Raz przyszedł jego ojciec i powiedział, że mamy się nie zbliżać do jego syna, a jemu zabronił przychodzenia do nas. Wtedy Tamal zrobił awanturę i tak jakoś wyszło, że wzięli mnie do siebie. Miałem wtedy siedem lat, on był starszy o rok. Na początku miałem być tylko towarzystwem dla Tamala, ale z czasem zacząłem pracować razem ze służbą. W międzyczasie Tamal trochę mnie uczył, pożyczał mi też swoje podręczniki i książki. To dzięki niemu umiem czytać i pisać, no i znam angielski. Było mi dobrze, już nigdy nie byłem głodny, miałem dach nad głową, który nie przeciekał, mogłem brać prysznic i spać na łóżku jak normalny człowiek.
- Więc co to wszystko zepsuło?
- Miłość, a jakżeby inaczej – powiedział, krzywiąc się na samo wspomnienie.
* * *
- Jesteś dziś jakiś nieobecny. Na pewno dobrze się czujesz? – zapytał Nadish, nachylając się nad Arthurem i z troską lustrując jego twarz. Już w kuchni zauważył ten nieobecny wzrok kochanka, który po przejściu do sypialni tylko się pogłębił.
- Jesteś szczęśliwy?
- Myślałem, że to oczywiste – odparł, nie wiedząc, do czego zmierza ta rozmowa.
- Przypomniało mi się nasze pierwsze spotkanie. Byłeś wtedy taki inny – powiedział, gładząc palcami jego plecy. – Jeśli jest coś jeszcze, co by cię uszczęśliwiło, powiedz. Zrobię dla ciebie wszystko.
- Wszystko? – Jego głos stał się głęboki i zmysłowy. Przybliżył twarzy do torsu Arthura i złożył na nim kilka mokrych pocałunków, po czym westchnął cicho i spojrzał mężczyźnie w oczy. – W takim razie kochaj się ze mną. To jedyne, co w tej chwili potrzebne mi do pełni szczęścia.
* * *
- Ty i Tamal zakochaliście się w tej samej dziewczynie? – zapytał Arthur, gdy chłopak milczał przez dłuższą chwilę. Nie chciał na niego naciskać, ale tym razem ciekawość wzięła górę.
- To było bardziej… skomplikowane.
- Więc lepiej się skupię, żeby wszystko dobrze zrozumieć.
- Tylko nie oceniaj mnie zbyt pochopnie – poprosił, czerwieniąc się nieco i z zawstydzenia odwracając głowę.
- Obiecuję, że wysłucham cię do końca.
- Bo my… to znaczy Tamal i ja… My się w sobie zakochaliśmy - powiedział w końcu, choć widać było, że przyszło mu to z trudem. – Gdy jego ojciec się dowiedział, wyrzucił mnie na ulicę, a Tamalowi zakazał się ze mną spotykać. Znaleźli mu już narzeczoną, ja tylko bym wszystko zepsuł. Głupi byłem, łudziłem się, że może nam się udać.
- A Tamal jak na to zareagował?
- Tylko raz do mnie przyszedł, przeprosił za wszystko i pożegnaliśmy się. Rozczarował mnie, ale z drugiej strony rozumiem go. Na jego miejscu też bym tak pewnie postąpił.
- Więc… Długo już tu mieszkasz?
- Pół roku. Tak bardzo żałuję, że zaprzepaściłem te dziesięć lat. Gdybym tylko mu odmówił, mógłbym dalej prowadzić normalne życie…
Arthur przez chwilę trawił otrzymane informacje, czując się coraz bardziej zdezorientowany. Spojrzał na chłopaka i zmarszczył brwi, intensywnie nad czymś myśląc.
- Jedno mnie zastanawia – mruknął w końcu. – Z moich obliczeń wynika, że masz siedemnaście lat.
- No mam. To coś dziwnego?
- Dałbym ci najwyżej piętnaście!
- Eee, dziękuję? – odparł, nie bardzo wiedząc, jak zareagować. – Bo to chyba był komplement…?
- Tak, jasne. Ja tylko… Wyglądasz zadziwiająco młodo. Trochę mnie to zszokowało.
- A co? Pomagasz tylko biednym dzieciakom, a prawie dorosłych olewasz? Żałujesz, że nie jestem słodkim dwunastolatkiem? – sarknął, unosząc prawą brew i patrząc na Arthura zadziornie.
- Daj spokój – poprosił, patrząc na niego błagalnie. – Nawet ty nie wierzysz w swoje słowa.
- Ale lubię wprawiać cię w zakłopotanie i poddawać wątpliwościom twoje szlachetne pobudki.
- Okropny z ciebie bachor – zaśmiał się, trącając go ramieniem. – Gdybym tylko mógł, zabrałbym cię do Anglii. Fajnie by było.
- A co ci broni? Mamusia i tatuś dają ci pieniądze jedynie na dokarmianie sierot, a nie na sprowadzanie do domu i utrzymywanie ich?
- Nie masz paszportu.
- Kto tak powiedział? – odparł, krzyżując ręce na klatce piersiowej i patrząc Arthurowi wyzywająco w oczy.
- Zaraz. Czyli masz paszport? To świetnie!
- Nie ciesz się tak szybko. Nie powiedziałem, że z tobą pojadę, a poza tym zostawiłem wszystkie dokumenty u Tamala. Był taki czas, że chcieliśmy gdzieś razem wyjechać w tajemnicy przed wszystkimi.
- Mógłbyś go odzyskać? – zapytał z nadzieją w głosie. Wstyd się przyznać, ale Arthur od razu zaczął planować ich wspólną przyszłość. Wyśle młodego na kursy i studia, odpowiednio go przygotuje i załatwi pracę w jakiejś firmie. No chyba że ten będzie miał inne ambicje, wtedy oczywiście pomoże mu je spełnić. Pomoże mu stanąć na nogi, umeblować mieszkanie, wzniesie toast na jego ślubie…
- Wiem, gdzie mógłbym spotkać Tamala. Ale nie wiem, czy tego chcę. Czy w ogóle chcę z tobą wyjechać.
- Naprawdę wizja zostania tutaj, głodowania i obrabiania turystów jest tak kusząca? Masz szansę jedną na miliard, dzięki której wyrwiesz się z tej biedy i zaczniesz żyć jak człowiek. Skorzystaj z niej, nie przez wzgląd na mnie, ale na siebie.
Chłopak przez chwilę milczał, wpatrując się w swoje nogi. Oczywiście, że nie chciał tu zostać. Oddałby wszystko, by znowu móc jeść trzy razy dziennie, spać w miękkim łóżku, uczyć się, czytać książki… Po prostu żyć, a nie walczyć o życie. Problemem był jedynie jego zraniony umysł. Świadomość, że miałby być całkowicie zdany na drugiego człowieka, kojarzyła mu się jedynie ze zdradą i odrzuceniem. Prędzej czy później usłyszy, że coś zrobił nie tak i znowu wyląduje na bruku. A tego nie przeżyłby po raz drugi.
- Nawet nie wiem jak masz na imię – wybąkał w końcu, próbując jakoś zmienić temat.
- Wybacz, z tego wszystkiego zapomniałem się przedstawić. Mów mi Arthur.
- Jak ten król – uśmiechnął się lekko.
- A ty?
- Ja? – zapytał, jakby pytanie mężczyzny było najdziwniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek usłyszał. – Nadish.
- Nadish – powtórzył, smakując te kilka liter i delektując się tym, co oznaczają po połączeniu. – Podoba mi się.
* * *
Arthur leżał w łóżku, niedbałymi ruchami głaszcząc kochanka po włosach. Czuł się odprężony i rozleniwiony, mógłby tak spędzić resztę życia, albo chociaż urlopu. Nadish spał z głową tuż przy jego szyi, leciutko łaskocząc ją swoim ciepłym, miarowym oddechem. Panujący w pokoju chłód nie był odczuwalny, gdyż mężczyźni ogrzewali się nawzajem swoimi splecionymi nagimi ciałami. Wszystko było po prostu idealne.
Po chwili młodszy mruknął cicho i powoli otworzył oczy, wybudzając się z kilkuminutowej drzemki. Oparł brodę na obojczyku Arthura i spojrzał na niego sennym, rozmarzonym wzrokiem.
- Nadal masz jakieś wątpliwości dotyczące mojego szczęścia? – zapytał, przesuwając dłonią po brzuchu partnera.
- Zdecydowanie nie – mruknął, uśmiechając się. Przeciągnął palcami po jego pełnych, czerwonych wargach, z zadowoleniem stwierdzając, że nadal są nieco nabrzmiałe od pocałunków.
- I przeszło ci to całe wspominanie dawnego mnie?
- Niekoniecznie. Ale to wszystko przez ten sen o naszym pierwszym spotkaniu. Chyba jestem za bardzo sentymentalny…
- To całkiem urocze.
- Urocze, to jest twoje kwilenie podczas orgazmu – powiedział, a widząc groźne spojrzenie Nadisha, pocałował go w czubek nosa i przysunął bliżej siebie. – Nie patrz tak na mnie, tylko stwierdzam fakty.
- Niewiniątko się znalazło – prychnął, zarzucając mu udo na nogi i ocierając się o niego.
Arthur chciał dodać coś jeszcze, ale powstrzymały go pewne bardzo kuszące wargi zachłannie wpijające się w jego własne.
* * *
Nadish denerwował się tak bardzo, że mógłby po nim przejść słoń, a i tak pewnie by tego nie zauważył. Stał przy małej świątyni, z której lada chwila miał wyjść Tamal, a głowę wypełniały mu same czarne scenariusze. Bał się, że zostanie spławiony zanim w ogóle wyjaśni, o co chodzi. Albo że tym jednym jedynym razem Tamal przyszedł tu ze swoim ojcem, z którym chłopak wolał już nigdy nie mieć styczności.
W końcu z budynku wyszedł wysoki, dobrze ubrany i jak zwykle olśniewający młody mężczyzna. Chcąc, nie chcąc, Nadish musiał przyznać, że nadal coś do niego czuje, i że wystarczyłoby jedno słowo czy gest, by do niego wrócił, karmiąc się złudzeniami i pięknymi wizjami rodem z baśni. Myśl, że to nie nastąpi, dodała mu nieco odwagi.
- Tamal, zaczekaj! – zawołał, podbiegając do niego.
- Nadish? Co tutaj robisz? Nie powinieneś…
- Wiem – przerwał mu. – Chciałem cię tylko o coś poprosić. Nadal masz mój paszport i dowód?
- Tak – odparł, nieco zaskoczony. – Po co ci one?
- Po prostu są mi potrzebne. Dałbyś mi je?
- Pod warunkiem, że powiesz gdzie i z kim wyjeżdżasz.
- Wątpię, że będziesz zadowolony. Poza tym obaj uzgodniliśmy, że nic nas już nie łączy. Nie widzę powodu, żeby ci się tłumaczyć.
- W takim razie ja nie widzę powodu, żeby dać ci te cholerne dokumenty – warknął, odwracając się na pięcie. Chciał odejść, ale powstrzymało go nieśmiałe szarpnięcie na rękaw.
- Powiem. Powiem, tylko mi je przynieś. Proszę.
- Poczekaj tu na mnie, zaraz przyjdę – powiedział, nie odwracając się nawet w jego stronę.
Nadish przez chwilę zastanawiał się, czy Tamal faktycznie przyjdzie. Jego obawy nasiliły się, gdy minęło pół godziny, a mężczyzny nadal nie było. Już miał wrócić do siebie, klnąc na cały świat, gdy wypatrzył w tłumie znajomą twarz.
- Co tak długo? – zapytał, bardziej z ciekawości.
- Ojciec. Sam rozumiesz – wzruszył ramionami. – Mam to, o co mnie prosiłeś, ale najpierw powiedz, co planujesz.
- Poznałem kogoś.
- Szybko sobie poradziłeś.
- Przypominam, że to nie ja dostałem od rodziców narzeczoną – odparł, nawet nie kryjąc złości. – Poza tym to tylko jakiś turysta, który obiecał mi pomoc…
- Turysta? Serio? Na łeb ci już całkiem padło.
- Niby dlaczego?
- Wywiezie cię do siebie i sprzeda do burdelu, ewentualnie pozbędzie się ciebie, gdy tylko mu się znudzisz.
- No to niewiele się różnicie. Twój ojciec na pewno by go polubił.
- Nadish, przeginasz – ostrzegł go, patrząc na niego groźnie. Napiął wszystkie mięśnie, choć obaj wiedzieli, że nie byłby w stanie skrzywdzić chłopaka. – Dobrze wiesz, że nie mogłem postąpić inaczej. Myślałem, że to rozumiesz.
- Rozumiem, co nie znaczy, że się z tym pogodziłem. W każdym razie mam szansę na normalne życie. Chcę z niej skorzystać.
- Nie jedź. Gdy tylko się ożenię, dostanę firmę i swój dom, wezmę cię do siebie. Ja ci pomogę.
- Czy ty siebie w ogóle słyszysz? Przestań być taki samolubny!
- A ty przestań być taki naiwny! Aż taki przystojny ten turysta? Obiecał, że cię zerżnie? Będziecie ci płacił za zabawianie się z tobą? Ja też mogę to zrobić. Mogę cię rżnąć tak długo, dopóki nie stwierdzisz, że jesteś usatysfakcjonowany.
Nadish stał przez chwilę, patrząc na stojącego naprzeciw niego mężczyznę. Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale żadna sensowna odpowiedź nie przychodziła mu do głowy. Nigdy by nie pomyślał, że może usłyszeć takie słowa od osoby, którą kochał. Tamal nigdy taki nie był. A może był, tyle że tego nie pokazywał…?
- Zgódź się. Nie potrzebujesz obcych. Masz przecież mnie.
- Już nie mam – wyszeptał. – Nie po tym, co właśnie usłyszałem.
- Wiem, prawda boli, ale…
- Daj mi te cholerne dokumenty.
- Nie potrzebujesz ich.
- Daj mi je i wracaj do swojego idealnego świata, beze mnie.
Gdy Tamal nie zareagował, Nadish po prostu wyrwał mu małe zawiniątko z dłoni. Chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Odszedł szybkim krokiem, a zyskując pewność, że zniknął mężczyźnie z oczu, zaczął biec. Nim się spostrzegł, już stał przed hotelem, w którym zatrzymał się Arthur.
* * *
- Co zjemy na obiad? – zapytał Arthur, sięgając po telefon leżący na szafce nocnej. Dochodziła czternasta, a oni nadal leżeli w łóżku.
- Może coś zamówisz?
- I tak zbyt często jemy na mieście. Mamy kilka pomidorów i coś z puszki, zrobię sos.
- Jak chcesz – mruknął Nadish, przekręcając się na plecy. Arthur cmoknął go przelotnie w czoło i wstał. Założył bokserki i zarzucił na siebie satynowy szlafrok, który po chwili namysłu i tak zrzucił w kuchni. Przyjemne chłodne iskierki pieściły jego ciało, co orzeźwiało go i motywowało do jakiegokolwiek działania.
Położył na blacie kilka soczystych pomidorów i zaczął je kroić. Po chwili cała deska ociekała sokiem, który jakimś cudem spłynął po szafce wprost na udo Arthura. Mężczyzna syknął, niezadowolony, i wytarł je dłonią, jeszcze bardziej brudząc swoją skórę.
- Ja bym użył do tego ręcznika – stwierdził Nadish, stając za nim i przeciągając bawełnianym materiałem po nodze mężczyzny.
- Faktycznie, o wiele lepiej działa – zaśmiał się, nieco speszony własną nieporadnością.
- Pomóc ci w czymś?
- Nie, możesz jedynie pilnować, żebym nie zginął od nadmiaru soku pomidorowego. On coś knuje, mówię ci.
- W takim razie z przyjemnością będę twoim rycerzem – odparł, uśmiechając się i siadając na krześle, jednocześnie bacznie obserwując kochanka.
* * *
Arthur zdziwił się, gdy zobaczył w drzwiach Nadisha. Od ich spotkania minęły cztery dni, i mężczyzna zachował jedynie marne resztki nadziei, że jeszcze spotka chłopaka. Tymczasem ten stał tuż przed nim z miną zwiastującą co najmniej wybuchnięcie płaczem.
- Przyszedłeś – stwierdził, niezbyt odkrywczo.
- Przepraszam, tak jakoś… samo wyszło.
- Wejdź, nie będziemy przecież rozmawiali w przejściu – powiedział, odsuwając się i zapraszając chłopaka do środka. Zaprowadził go do salonu i wskazał na kanapę. – Usiądź – dodał, chcąc go nieco ośmielić. – Coś się stało, prawda? Nie wyglądasz najlepiej.
- Widziałem się z Tamalem.
- Przypadkowe spotkanie?
- Nie, czekałem na niego przy świątyni. Odzyskałem mój paszport i dowód.
- Czyli jednak ze mną pojedziesz? – zapytał z nadzieją i radością. Nawet nie starał się ich w jakikolwiek sposób ukryć.
- Tak. Nawet jeśli mam być tylko twoją zabawką, którą się za jakiś czas znudzisz. A wiem, że tak będzie.
- Tamal ci to powiedział?
- I nie tylko to.
- Chcesz o tym porozmawiać?
- A co to da? Czy wy, Anglicy, potraficie tylko to? Głupią wymianę zdań, po której niby ma być lepiej? To tak nie działa!
- Owszem, nie działa. Ale rozmowa często pozwala nam zrozumieć, co tak naprawdę czujemy i w czym jest problem. Pogodzenie się z niektórymi rzeczami wymaga czasu, ale jeśli nie rozłożysz swojego problemu na czynniki pierwsze, może cię męczyć i do końca życia.
- Studiujesz psychologię? Bo twoje przemówienie brzmi jak typowy psychologiczny bełkot.
- Lubię czasem przeczytać książki pomagające zrozumieć ludzką naturę – odparł, wzruszając ramionami. – To jak? Co powiedział ci Tamal?
- Że nie muszę wyjeżdżać, bo on też może mnie… zaspokoić, ale tu, na miejscu. I że jak tylko całkowicie się usamodzielni, weźmie mnie do siebie.
- Bzdury – prychnął, z impetem opadając na kanapę. – Czy on przypadkiem nie ma narzeczonej?
- On już ją uważa za swoją przyszłą żonę. Nawet jej współczuję życia z takim człowiekiem. Zwykły z niego dupek.
- A czy ty przypadkiem…
- Przeszło mi po dzisiejszym spotkaniu. Zresztą, skończmy już ten temat. Chcę raz na zawsze zapomnieć o Tamalu.
- Jasne, rozumiem. Chcesz coś do picia? Jesteś głodny?
- Nie – mruknął, ale burczący brzuch całkowicie zaprzeczył jego słowom.
Arthur zaśmiał się, po czym wstał i poklepał chłopaka po głowie.
- Na dole mają niezłą restaurację. Zjemy coś i ustalimy szczegóły naszego wyjazdu. Co ty na to?
- Skoro musimy – westchnął cierpiętniczo, teatralnie wywracając oczami.
- Ale najpierw pójdziesz pod prysznic i przebierzesz się w jakieś bardziej wyjściowe ubrania. Wątpię, że w takim stanie cię wpuszczą.
- Mówisz, jakbym śmierdział na kilometr, a w dodatku miał trąd…
- Po prostu szoruj do łazienki i ogarnij się. Tylko nie zamykaj drzwi, poszukam jakichś ciuchów i ci je przyniosę. Nie martw się, kabina nie jest przezroczysta, nie będę cię mógł podglądać – dodał, widząc, że chłopak nie jest zbytnio przekonany do tego pomysłu. – Dobra, zostawię ciuchy pod drzwiami, jak się umyjesz to je sobie weźmiesz.
Nadish, nieco uspokojony, skierował się do wskazanego pomieszczenia i zamknął się w nim, sprawdzając dwa razy, czy aby na pewno zamek działa. Następnie rozebrał się i wszedł do kabiny, w której panował przyjemny chłód, tak odmienny od żaru lejącego się z nieba. Odkręcił wodę i zacisnął zęby, gdy początkowo lodowate krople smagnęły jego skórę.
Mógł upierać się przy swoim i znowu mamić umysł bajkami, ale wiedział, że prędzej czy później słowa Tamala okażą się prawdziwe. Nikt nie robi niczego za darmo, a czego mógł chcieć mężczyzna pokroju Arthura? Młody, bogaty, z dobrej rodziny, z aspiracjami i wielkimi planami, marzył jedynie o egzotycznej przygodzie. Nie miał syna, dla którego potrzebowałby towarzysza mogącego od czasu do czasu wykonać jakieś prace domowe czy pójść na targ po zamówienie. Nie potrzebował kolejnego służącego, bo pewnie miał ich na pęczki, lepszych i bardziej przydatnych niż delhijska sierota. Pragnął jedynie kogoś do zabawy. Naiwny siedemnastolatek o ciemniejszej skórze i dziwacznym akcencie był łatwym celem, szczególnie gdy obiecywało mu się raj na ziemi. Nawet głupi prysznic był teraz spełnieniem marzeń, a co dopiero podróż na inny kontynent…
Westchnąwszy ciężko, zakręcił wodę i wyszedł z kabiny, uwalniając przy tym gęste kłęby pary. Owinął się ręcznikiem leżącym na szafce i wyglądającym na nieużywany, po czym na palcach podszedł do drzwi i ostrożnie je otworzył. Zgodnie z obietnicą, na podłodze leżał mały stosik, na który składała się czysta bielizna, nieco za luźna, proste czarne spodnie, w których wystarczyło jedynie podwinąć nogawki, a także czerwony T-shirt, sprawiający jednak wrażenie eleganckiego. Tak ubrany, Nadish poczuł się nie na miejscu. Nawet w swoim dawnym życiu nie wyglądał tak… dobrze. Nieśmiało poszedł do salonu i chrząknął sugestywnie, gdy Arthur nie zwrócił na niego uwagi.
- Muszę przyznać, że prezentujesz się całkiem korzystnie – stwierdził mężczyzna, lustrując go wzrokiem. – Usiądź, wysuszę ci włosy.
- Sam mogę to zrobić.
- Ale ja zrobię to lepiej – odparł z przekonaniem. Nadish, chcąc nie chcąc, usiadł na kanapie bokiem do Arthura i pozwolił, by jego palce wraz z ciepłym wiatrem zrobiły swoje. – Mógłbyś je zapuścić. Pasowałoby ci, o ile trochę byś urósł i przybrał na masie.
- A więc jesteś projektantem mody? – zapytał, na tyle głośno, by wygrać z szumem suszarki.
- Co? Nie! Skąd w ogóle ten pomysł? – zaśmiał się. – Aż tak bardzo cię interesuje, co będę robić w życiu?
- Może trochę.
- Studiuję marketing i zarządzanie, po drodze robię różne kursy. Ojciec stara się mnie przygotować do przejęcia rodzinnej firmy.
- A co robi ta firma?
- Londyńska mafia zajmująca się przemytem narkotyków, handlem żywym towarem i organami, no i jeszcze kilkoma nielegalnymi rzeczami.
- Że co?! – krzyknął, gwałtownie odwracając się do Arthura i lustrując go przerażonym wzrokiem. Widząc jego szeroki, nieco wredny uśmiech, uderzył go w ramię i wydął policzki. – Fajnie, że masz ze mnie taki ubaw. Żartuj dalej, nie krępuj się. Ja posłucham.
- Nie mogłem się powstrzymać, przepraszam. Ale jedno trzeba przyznać: miałeś genialną minę.
- Palant – mruknął, odwracając się do niego plecami.
- Mój tata prowadzi jedno z największych wydawnictw w Londynie - powiedział, wyłączając urządzenie i ostatni raz przeczesując gęste, czarne jak smoła włosy Nadisha. – Do tego mama prowadzi luksusowy sklep z antykami, który też swoje daje. Oboje mają smykałkę do interesów, a ja to po nich odziedziczyłem.
- Musisz mi kiedyś pokazać ten sklep – powiedział, zanim zdążył ugryźć się w język.
- Pokażę ci wszystko – zapewnił, a pewność w jego głosie zdziwiła chłopaka. Jeśli to było kłamstwo czy zwykła obietnica bez pokrycia, brzmiała bardziej wiarygodnie niż najprawdziwsza prawda. – A teraz chodź, umieram z głodu, ty pewnie też.
- Tak, już idę – powiedział, stając na nieco drżących nogach i niepewnie idąc za Arthurem.
Zeszli do restauracji, z której był doskonały widok na mały ogród prowadzący do kompleksu basenów. Usiedli przy stoliku znajdującym się nieco na uboczu, tak, by nie musieli przejmować się otoczeniem. Nadish przez chwilę przyglądał się karcie dań, lecz ostatecznie westchnął i odrzucił ją na bok, nie mogąc na nic się zdecydować.
- Przecież ja nigdy nawet nie jadłem w restauracji, skąd mam wiedzieć co zamówić?
- Spokojnie, coś ci wybiorę – odparł, śmiejąc się w duchu z buntowniczej postawy chłopaka.
Polubił tę jego dzikość. Co prawda liczył, że uda mu się nauczyć go poprawnych manier i zachowania godnego angielskiego arystokraty, miał jednak nadzieję, że Nadish zachowa nieco swojej zadziorności. Taka mieszanka, o odpowiednio dobranych proporcjach, mogłaby stworzyć z niego naprawdę wspaniałego mężczyznę.
Złożywszy zamówienie, Arthur rozsiadł się wygodnie i utkwił wzrok w towarzyszu. Chciał coś powiedzieć, ale ten go uprzedził:
- Co zrobisz, gdy już będziemy w Anglii?
- Na pewno wezmę długą kąpiel.
- Chodziło mi raczej o to, co zrobisz ze mną.
- Myślę, że na początek przygotuję ci gorącą kąpiel.
- Przestań, mówię poważnie.
- Ja też – odparł, wzruszając ramionami. – Nie wiem, co wtedy będzie. Zależy, co chciałbyś robić.
- Chyba… chciałbym się uczyć – przyznał, spuszczając głowę. Nie wiedział dlaczego, ale wstydził się tych słów, jakby ktoś jego pokroju nawet nie miał prawa do takich pragnień.
- Och, to pewne, że załatwimy ci porządne wykształcenie. Pytanie tylko, w jakiej dziedzinie?
- U Tamala czytałem wszystko, co mi dał, ale w nic się nie zagłębiałem. Trudno powiedzieć, co by mnie zainteresowało.
- Mam pomysł. Dam ci rok. Przez ten czas będziesz mógł oswoić się z nową rzeczywistością, no i zastanowisz się, czego tak naprawdę byś chciał. Później zaczniemy działać.
- Głupio mi ze świadomością, że będę twoim utrzymankiem…
- Daj spokój, ja na razie nie mam swoich pieniędzy. Będziesz kolejnym synem moich rodziców. Mama się cholernie ucieszy, zawsze chciała mieć drugie dziecko.
- A jeśli…
- Po prostu przestań się zamartwiać. Będzie dobrze, i tego się trzymajmy. A teraz zabieramy się za jedzenie – oznajmił Arthur, jednocześnie dziękując kelnerowi skinieniem głowy.
* * *
- Zdążyłem zapomnieć, jak dobrze gotujesz – powiedział Nadish, delektując się makaronem z prostym sosem.
- Bez przesady – prychnął. – Jutro ugotuję coś porządnego, wtedy będziesz mógł mnie wychwalać.
- Brakowało mi tego. Ostatnio mieliśmy dla siebie mało czasu.
- Wiem. Ale to minie, tylko początki są takie zwariowane. Grunt, że tata może w końcu zacząć planować wymarzoną emeryturę.
- Może wtedy uda się odciągnąć maan1 od jej sklepu. Chce pomóc, ale jej pracowitość do grobu ją zapędzi.
- W życiu bym się nie spodziewał, że przejmiesz jej oczko w głowie. Naprawdę cię pokochała, chyba nawet bardziej ode mnie.
- Czasami czuję się przez to jak w związku kazirodczym z własnym bratem. Nie śmiej się, taka prawda – prychnął, widząc chichoczącego Arthura. – Ona w ogóle pamięta, że jesteśmy razem?
- Inaczej nie pytałaby przy każdej okazji, kiedy ci się w końcu oświadczę.
- A masz taki zamiar?
- Pewnie, że tak. Czekam jedynie na sprzyjające warunki. Na razie muszę się maksymalnie zaangażować w przejęcie wydawnictwa, ale jak tylko skończę, zabiorę się za ciebie. Także radzę się dobrze przygotować.
- A jak do tego czasu ci ucieknę?
- Nie uciekniesz, bachcha2. Za bardzo mnie kochasz.
- Z grzeczności nie zaprzeczę – uśmiechnął się, wiedząc jednak, że Arthur ma całkowicie rację.
* * *
- Wyglądasz, jakbyś miał zaraz zemdleć – szepnął Arthur do siedzącego obok niego Nadisha.
Obaj znajdowali się na pokładzie samolotu, w pierwszej klasie, i za kilka minut mieli startować. Na Angliku nie robiło to wrażenia, lecz jego towarzysz przejmował się każdym, nawet najcichszym dźwiękiem, a także obracał się niespokojnie, rejestrując jakiekolwiek poruszenie. Dłonie od dawna zaciśnięte miał w pięści, katując przy tym rękawy luźnego sweterka.
- Nie sądziłem, że tu będzie tak… ciasno. I tłoczno.
- Klaustrofobia?
- Bez przesady. Po prostu nie przywykłem do czegoś takiego.
- Mój mały dzikusek – zaśmiał się, a widząc oburzenie na jego twarzy, poczochrał go po włosach i uspokajająco poklepał po ramieniu. – Dam ci moją komórkę, posłuchasz sobie muzyki. Chcesz?
- A co to niby da?
- Mnie muzyka zawsze uspokaja, pozwala się zrelaksować i w ogóle. Może nawet uda ci się zasnąć.
- W sumie, wszystko lepsze niż twoja paplanina – stwierdził, wzruszając ramionami. Arthur skinął głową, jakby usłyszał właśnie najmądrzejszy argument na świecie, po czym podał chłopakowi telefon z podłączonymi już słuchawkami. Nadish założył je i cierpliwie poczekał, aż jego towarzysz odtworzy odpowiednią playlistę. – Jazz? Serio?
- Mogę włączyć coś innego…
- Nie – przerwał mu szybko. – Po prostu… uwielbiam taką muzykę. Może dlatego, że Tamal niczego innego nie słuchał, i udzieliło mi się jego zamiłowanie…
- O niczym już nie myśl. Po prostu zamknij oczy i zrelaksuj się. Niedługo będzie po wszystkim.
Nadish skinął głową i zsunął prawą słuchawkę z powrotem na ucho. Czuł się jakoś tak dziwnie, jakby śnił i lada chwila miał się obudzić. To wszystko wydawało się takie nierealne. Jak długo będzie dopisywało mu szczęście? Nie da się mieć całe życie z górki, dobrze o tym wiedział. Jednak gdy patrzył na Arthura, jego spokój i opanowanie, a także determinację, zaczynał wierzyć, że faktycznie może mu się udać. Że w końcu zacznie panować nad własną egzystencją, odetchnie i pójdzie do przodu. Pragnął tego z całego serca.
Gdy samolot oderwał się od pasa startowego, kołysząc się i drżąc, Nadish wiedział, że nie ma odwrotu. Wszystko się zmieni. Spojrzał na swojego towarzysza, a widząc jego łagodny uśmiech, wypowiedział w myślach jedną prośbę.
Boże, cokolwiek dla mnie zaplanowałeś, nie pozwól, by drogi moje i Arthura się rozeszły.

1. maan - matka
2. bachcha - kochanie





Punkt drugi uważam za zaliczony. Teraz nie pozostało mi nic innego, jak zabrać się za trzeci :D
Do następnego wpisu, Towarzysze!